Jeśli interesujecie się muzyką klasyczną, to na pewno musieliście spotkać z Arvo Pärtem. To współczesny kompozytor estoński, urodził się w 1935 roku. Jego najbardziej znany utwór to chyba Spiegel im Spiegel, czyli po polsku Lustro w lustrze. Pokazał w nim, że nawet mając do dyspozycji tylko kilka dźwięków można stworzyć naprawdę niesamowitą atmosferę.
Niby takie nic, a jednak napełnia łzami każde oczy...
Skomponował to w 1978 roku na skrzypce i fortepian. Jest to dzieło bardzo popularne, opracowywane na różne instrumenty i wykorzystane w wielu telewizyjnych reklamach oraz filmach.
Inne kompozycje Estończyka także wyróżniają się niczym niezmąconym spokojem, są delikatne, subtelne, ciche... Przez to niektórzy zaliczają jego twórczość do minimalizmu, ale czy ja wiem? Muzyka moim zdaniem wiele traci gdy się ją zaczyna szufladkować.
Tu Für Alina, na fortepian solo.
Niby takie nic, a zmusza do refleksji...
Debussy kiedyś powiedział, że muzyka to cisza pomiędzy nutami.
A Pärt?
Odkryłem, że wystarczy mi, gdy pięknie zagrana jest pojedyncza nuta.
Ona sama, albo cichy rytm, albo moment ciszy – przynoszą mi wytchnienie.
Dzisiaj dalej - kurs na Skandynawię. A konkretnie - Finlandię.
W programie dwa poematy symfoniczne.
Najpierw - Finlandia Jana Sibeliusa
Jan Sibelius w 1891. Ładna marynarka.
Jan Sibelius (1865-1957). Urodził się w rodzinie szwedzkojęzycznej, ale rodzice wysłali go do fińskojęzycznej szkoły. Jest uważany za twórcę narodowego stylu fińskiego w muzyce. Jego dorobek to 7 symfonii, kilkanaście poematów symfonicznych, koncert skrzypcowy, liczne suity, muzyka kameralna i wiele innych.
Żył 92 lata, a to długo, zwłaszcza w przypadku kompozytorów... Dlatego dziwi mnie fakt, że w ostatnich trzydziestu latach swojego życia nic nie skomponował. Jego ostatnie skończone dzieło, poemat symfoniczny Tapiola( także polecam) powstało w 1926 roku. Na serio, dziwne. Wielu kompozytorów umarło nie kończywszy swoich dzieł (wspomnijmy chociażby Mozarta, Mahlera, Prokofiewa, Berga, Schuberta...), a Sibelius? Naprawdę nie wiem, dlaczego zamilknął. Także pozostawił po sobie niedokończone dzieło - 8. symfonię, ale prace nad nią przerwał w 1938 roku, prawie 20 lat przed śmiercią.
Ale my dziś nie o tym, tylko o Finlandii - jednym z najpopularniejszych utworów Sibeliusa. Jest to poemat symfoniczny z roku 1899. Wiedzieć musimy, że Finlandia - podobnie jak Polska - znajdowała się wtedy pod rosyjskim zaborem. A ten poemat był dziełem patriotycznym - szybko stał się popularny wśród Finów i rozbudził ich narodowe uczucia. Co oczywiście nie podobało się carskiej cenzurze... Dlatego utwór był potem wykonywany pod zmienionymi tytułami.
Do wyłaniającej się z mroku groźnych akordów lirycznej melodii, w 1941 zostały dopisane słowa i odtąd jest to oficjalny hymn Finlandii.
Zachęcam do posłuchania, ok. 9 minut doskonałej muzyki nikomu nie zaszkodzi.
A teraz kolejny poemat symfoniczny, także z Finlandii, tylko że współczesnej. Nyx Esy-Pekki Salonena.
Esa-Pekka Salonen to urodzony w 1958 roku światowej sławy fiński dyrygent oraz kompozytor. Z jego ostatnich dzieł warto wymienić koncert fortepianowy z 2007 roku (szkoda, że o tym nie pomyślałam pisząc poprzedniego posta), koncert skrzypcowy (2009) oraz właśnie poemat symfoniczny Nyx (2011).
Jeśli obawiacie się muzyki współczesnej - to muszę wam powiedzieć, że - przynajmniej w tym przypadku - nie ma się czego bać!
Poemat Salonena podpada stylistycznie trochę pod neoromantyzm, a to jedna z moich ulubionych epok. Inspirowany mitologią grecką (Nyks to bogini ciemności i uosobienie nocy), buduje niezwykły, tajemniczy klimat. Przenosi do pradawnych czasów, gdy po ziemi chodzili bogowie...
U Was też gorąco?
Mam coś orzeźwiającego...
Koncerty fortepianowe Skandynawów!
Dźwięk fortepianu jest chłodny, przyjemny, a towarzysząca instrumentowi orkiestra jeszcze bardziej to pogłębia. Aha, no i jeszcze geograficznie - północ...
***
Najpierw więc może bardziej znany, wybitny Norweg, Edward Grieg (1843-1907) - i jego koncert fortepianowy a-moll.
Jest to jedyny koncert Griega. Powstał w roku 1868, podczas wizyty kompozytora w Danii. Pomimo tego, że słuchaczom (a nawet największemu guru w kwestii fortepianu w XIX wieku - czyli Lisztowi) koncert się podobał, autor nie był z niego zadowolony. Chyba ze trzy razy go poprawiał. Ostateczna, znana nam dzisiaj wersja pochodzi z roku 1907.
No to teraz... Szwed. Kurt Magnus Atterberg (1887-1974) i jego wspaniały koncert fortepianowy b-moll op.37. Powstawał w latach 1927-36. Jest po prostu cudowny. To jeden z najlepszych koncertów fortepianowych, które słyszałam. Jest taki liryczny... Zakochałam się w nim od razu, od pierwszego posłuchania. Podoba mi się nawet bardziej od II koncertu c-moll Rachmaninowa - a myślałam już, że nic piękniejszego w kwestii fortepianu z orkiestrą nie powstało. Zresztą Atterberg inspirował się twórczością rosyjskich i niemieckich kompozytorów, a także czerpał dużo z ludowej muzyki szwedzkiej. Komponował balety, opery, symfonie, koncerty na różne instrumenty... Muszę go lepiej poznać. Jest rzeczą bardzo smutną i niesprawiedliwą, że jego dzieła pozostają nieznane dla większości słuchaczy, że są mało popularne. No ale cóż - jest pełno takich zapomnianych kompozytorów, w Polsce to np. Zarębski.
------ Jan Sibelius (Fin) niestety koncertu fortepianowego nie skomponował. Szkoda, byłby do kompletu. Zrobilibyśmy sobie Półwysep Skandynawski i północno-wschodnie wybrzeże Bałtyku... A tak - to niestety tylko półwysep...
Linki do utworów są oczywiście po kliknięciu na tytuł. Griega gra tam Artur Rubinstein, natomiast Atterberga szwedzki pianista Love Derwinger. Kolejny gość podobny do Oliviera Messiaena. Naprawdę, taka sama fryzura i okulary.
Ilustracje: Fiord to Geirangerfjorden w Norwegii, z Wikimedia Commons.
Cześć wszystkim. Nie wiem czy wiecie ale dzisiaj wcale nie ma rocznicy bitwy pod Grunwaldem!
Ha! Wtedy, w 1410 roku, obowiązywał kalendarz juliański, a nie gregoriański, jak obecnie. I ten nieszczęsny 15 lipca to data w juliańskim...
No ale to chyba nie jest powód by się do tego wydarzenia nie odnieść.
Wszyscy wiedzą, że pod Grunwaldem wojska polskie odśpiewały pewną pieśń - Bogurodzicę. Jest to najstarszy zachowany w języku polskim tekst poetycki (powstał na przełomie XIII i XIV wieku). Ale nas - a w każdym bądź razie mnie - bardziej interesuje melodia.
Tekst z neumami - rękopis z 1407 roku
Melodia - jest znana w Europie Zachodniej - ale nie jako utwór religijny. Tylko rycerska pieśń miłosna...
Zapisali ją benedyktyni, a z ich klasztoru w Sankt Gallen w Alpach trafiła do Polski (podaję za ciocią Wiki).
Melodia skomponowana jest w skali doryckiej kościelnej.
Skala dorycka kościelna
Pojawia się w niej jednak dźwięk c.
To dlatego że ambitus (czyli rozpiętość interwałów między najwyższym a najniższym danej melodii) zostaje przekroczony o ton poniżej pierwszego stopnia skali.
W średniowieczu w kościele najprawdopodobniej śpiewana była w kościele przez chór chłopięcy, gdyż duża ilość ozdobników (melizmatów - czyli "przeciągania" jednej sylaby na kilka dźwięków) jest dość trudna do wykonania przez niewyćwiczonych śpiewaków.
O tym, że była śpiewana pod Grunwaldem, informuje nas Jan Długosz.
Zaczęły się wakacje, dlatego dziś mniej poważnie (odkrywczo), a bardziej rozrywkowo.
Jak nie wiecie, jak spędzić wolny czas (który mam nadzieję macie), to tutaj taka propozycja.
WAKACJE Z IGOREM STRAWIŃSKIM
Przykładowy dzień.
1.Pierwsze co jest ci potrzebne, to dobre śniadanie. Bez tego z domu ani rusz.
.
2.Potem radzimy popływać. Ale najlepiej łodzią albo gondolą!
3. Jak ci się nudzi, to możesz pobawić się jak chomik albo Charlie Chaplin.
4. Wizyta w zoo też nigdy nikomu nie zaszkodziła.
5. Potem możesz podyrygować... np. Symfonią Psalmów. Bo nic tak dobrze nie robi człowiekowi jak dobra muzyka wokalno instrumentalna.
6.Tylko nie próbuj przerabiać hymnu USA, bo cię zapuszkują.
7. A jeśli cię zamkną... to i tak w więzieniu zawsze można też poczytać...
No widzicie? Igor Strawiński, bohater dzisiejszego posta, robi tyle ciekawych rzeczy, a Wy? Macie coś ciekawego do zaproponowania?
Można posłuchać Pietruszki...
Fotki brałam w większości ze strony composersdoingnormalshit.tumblr.com (sorry, to nie ja wymyślałam tytuł). Ostatnie zdjęcie z The Guardian, a Strawiński w gondoli to vespers1610.com.
----
Dzisiejszy wpis taki widzicie, rozrywkowy. Zaczęły się wakacje, trzeba tego bloga jakoś rozruszać! Więc na początek na śmieszno, ok? Wybrałam akurat Strawińskiego, bo to jeden z moich ulubionych kompozytorów. I jest dużo jego fajnych fotek w Internecie. :)
Tekst miał być wczoraj, a nie było, bo... była burza.
Dlatego dzisiaj będzie o burzliwej, a raczej burzowej, muzyce.
Najlepsza, najbardziej sugestywna i przerażająca muzyczna burza znajduje się moim zdaniem w Symfonii pastoralnej Beethovena, o czym tu z resztą już kiedyś pisałam.
Inne moje ulubione burze (matko, jak to brzmi...) to burza z poematu symfonicznego Preludia Liszta, z opery Wilhelm Tell Rossiniego oraz z Czterech Pór Roku Vivaldiego, z części Lato.
Tylko że te dwie ostatnie to są po prostu maksymalnie ograne. W każdej kreskówce, niezależnie czy będzie to Myszka Mickey czy Smerfy, pojawia się ten Rossini. Nie powiem, kompozytor genialnie odmalował burzę pełną piorunów, i nawet w tej chwili chodzi mi ta melodia po głowie, ale... zbyt ograne, niestety.
A Vivaldi? Nie pojawia się w kreskówkach, ale za to w radiu - bardzo często.
Burza z Pastoralnej to pojawiła się zaś - o ile dobrze pamiętam - tylko w disneyowskiej Fantazji z 1940 roku. A jest przecież najlepsza!
Jak w tym przypadku wypada Liszt? Nie najgorzej... ale ogólnie rzecz biorąc średnio. Oczywiście Preludiato wspaniały poemat symfoniczny, z filozoficznym komentarzem i wieloma wspaniałymi melodiami (genialny fanfarowy motyw był tak chwytliwy, że w czasie II wojny światowej pojawiał się w czołówce hitlerowskiego Wehrmachtbericht, czyli codziennego radiowego raportu Oberkommando der Wehrmacht o sytuacji militarnej na wszystkich frontach).
No ale co się tyczy burzy - to moim zdaniem nie umywa się do beethovenowskiej. W Symfonii Pastoralnej mamy Wesołą zabawę wieśniaków, która przechodzi - bez przerwy, czyli attacca - w burzę. Już od pierwszych akordów jest przerażająco... Na serio, to jeden z utworów, który zrobił na mnie największe wrażenie.
Polifonia jest fascynująca.
Niezależnie czy słuchamy fugi Bacha czy śpiewamy ze znajomymi piosenkę na głosy
- zawsze czujemy coś niezwykłego. A przynajmniej ja to czuję. W muzyce
homofonicznej, gdzie występuje tylko jedna melodia i akordowy akompaniament, tego
nie ma. A w polifonii... Jakie to fantastyczne, gdy melodie wspólnie się
dopełniają, współpracują. I jednocześnie wszystko jest logiczne i piękne... Tak
jak u Bacha. Ja nie jestem jakimś tam specjalnym
bachowcem tudzież bachoentuzjastą (wolę późniejsze epoki), jednak muszę
przyznać, że niektórych utworów tego kompozytora nie zamieniłabym na nic
innego. Jednym z nich jest pewien kanon -
pt. Quaerendo invenietis - czyli po łacinie
szukajcie a znajdziecie. Pochodzi z
cyklu Musikalishes Opfer (niem. Muzyczna ofiara), jednego z ostatnich
dzieł wybitnego lipskiego organisty.
Historia utworu
Historia powstania tego cyklu
wiąże się z Fryderykiem II królem Prus... Tym samym, który w 1772 roku
dzielił się naszym krajem z Józefem II i Katarzyną II... No cóż, łyżka dziegciu
w beczce miodu. Fryc był osobą muzykalną . Bardzo
dobrze grał na flecie. A jego nadwornym klawesynistą był syn Jana Sebastiana Bacha,
Carl Filip Emanuel, twórca popularnego Solfeggietta.
W 1748 roku JS Bach został
poproszony (czy raczej wezwany) przez Fryca do Poczdamu. Monarcha, który oprócz
pitolenia na fifuli parał się także kompozycją (człowiek renesansu w oświeceniu
normalnie) zagrał mu melodię i poprosił o zaimprowizowanie fugi na ten temat.
Temat
Bach tego oczywiście... nie zrobił... i zagrał fugę opartą na własnym temacie. Z utworami
Fryca było podobnie jak z poezją Nerona. Powyższego, zapisanego w nutach rzępolenia można posłuchać sobie tu, zaraz na początku... (Rany, co za chromatyka!)
Po powrocie do Lipska Bach –
trapiony zapewne wyrzutami sumienia (O matko, przecież król się może na mnie
wściec!) postanowił skomponować utwory na temat Fryca.
I tak
powstało Musikalishes Opfer, zbiór wielu genialnych fug i kanonów. Dowód na to, że zdolny człowiek może zrobić arcydzieło nawet z ... no właśnie...
W liście do
króla Bach napisał o tym tak:
Waszej
Królewskiej Mości poświęcam niniejszym z najgłębszym oddaniem tę muzyczną
ofiarę, której najszlachetniejsza część z najłaskawszej własnej ręki Waszej
pochodzi. Z pełną czci radością wspominam jeszcze szczególną łaskę królewską,
gdy w czasie mej niedawnej bytności w Poczdamie raczył Wasza Królewska Mość
osobiście zagrać mi na klawesynie temat do fugi, najłaskawiej mnie przy tym
zobowiązując, aby takową w najwyższej obecności Waszej zaraz wykonał.
Tyle tytułem wstępu.
No ale o co chodzi?
Mamy teraz jeden utworek z tego
cyklu - Quaerendo invenietisczyli szukajcie a znajdziecie.
Skąd taki tytuł? Chodzi o to, że krótką, jednolinijkową melodię gramy na różne
sposoby, rożnie – polifonicznie oczywiście – przekształcamy. Jakbyśmy szukaliodpowiedniego sposobu.
Najpierw pojawia się tzw. rak –
gramy kanon od tyłu i jednocześnie – normalnie „od przodu”. Następnie - inwersja
(odwrócenie zapisu nutowego do góry nogami). A potem gramy jednocześnie dwie
melodie, odwrócone do góry nogami (jest to tzw. kanon lustrzany).
Ktoś kiedyś zauważył, że ostatnie
przekształcenie przypomina jest wstęgę Mobiusa. To takie coś – odkryte przez
niemieckiego matematyka Mobiusa w 1858
roku.
Wstęga Mobiusa
Można zrobić to samemu, sklejając końcami prostokątny kawałek papieru,
obrócony uprzednio o 180 stopni. Tekst zapisany na tymjest odwrócony do góry nogami i w lustrzanym odbiciu
– jak ostatnie przekształcenie w bachowskim kanonie.
Wszystko jest na tym filmiku,
zrobionym po prostu genialnie. I nawet abstrahując od matmy, słuchając i
patrząc na to ma się wrażenie, że uczestniczy się w czymś niezwykłym. W czymś
tak kunsztownym, logicznymi pięknym. W
niesamowitej syntezie sztuki i nauki.
Przy pisaniu artykułu korzystałam z pomocy cioci Wikipedii i świetnego artykułu Tomasza Grębskiego z tej strony KLIK. Ilustracje - Wikimedia Commons