niedziela, 17 lipca 2016

Ptaki w muzyce

Wakacje są, lato, ptaki śpiewają: pora więc to jakoś uczcić...
Dzisiaj będzie o wpływie ptasiego śpiewu na muzykę.
Kukułka inspirowała nie tylko muzyków, ale też budowniczych zegarów.(Wikimedia Commons)

Ptaki śpiewające... naprawdę śpiewają melodie, które człowiek sprawny w swoim fachu potrafi zapisać na papierze nutowym. Właściwie zawsze inspirowały muzyków. Najczęściej ich śpiew oddaje się za pomocą fletu i innych instrumentów dętych drewnianych, no i oczywiście charakterystycznych ozdobników. Np. trylu (to szybkie powtarzanie dwóch sąsiadujących ze sobą dźwięków). Nazwa już  wskazuje na jego ptasie (słowicze) pochodzenie...
W wieku dwudziestym ludzie nauczyli się nagrywać dźwięki, w tym odgłosy przyrody - można zatem wpleść ptasi śpiew w utwór orkiestrowy... czy nie zabija to jednak wypracowywanej przez tyle lat zdolności imitacji? Ciekawe.
Więc aby już nie nudzić, krótki przegląd najciekawszych utworów inspirowanych ptasimi śpiewami... od baroku po czasy współczesne...

1.Jean Philippe Rameu - Kura (1728)
Jeden z najbardziej znanych hiciorów Rameau i ogólnie najlepszych przedstawień kury w muzyce... i oczywiście w eleganckim barokowym stylu! W tym klawesynowym bądź fortepianowym utworze, ciągle słyszymy "ko ko ko". Hah, aż się prosi o mema, ale to na deser...


2. Ludwig van Beethoven - VI Symfonia Pastoralna cz. II Scena nad strumykiem (1808)
To byłby chyba grzech niewybaczalny, gdybyśmy nie wspomnieli o Pastoralnej Beethovena (już tu o tym pisałam, to moja ulubiona symfonia tego pana). Zwłaszcza, ze znaleźć tam możemy imitacje aż trzech różnych ptaszków: słowika, kukułki i przepiórki.Bohater przybywa na wieś, i tam wiadomo - ptaszki...


3.Camille Saint-Saens - Kukułka w głębi lasu (1886)
Utwór pochodzący ze słynnego cyklu Karnawał zwierząt. W jego skład wchodzi wiele utworów o ptasich tytułach: jest popularny Łabędź, jest Ptaszarnia, są Kury i koguty... Lecz z nich wszystkich najlepsza jest Kukułka, napisana na dwa fortepiany i klarnet. Klarnet genialnie oddaje śpiew kukułki, jego partia to właściwie tylko dwa dźwięki, powtarzane jako ku-ku. Natomiast akordy fortepianów genialnie budują tajemniczą atmosferę lasu.Mistrzostwo. Chyba mój ulubiony utwór z Karnawału.


4.Ottorino Respighi - Pinie rzymskie (1924)
Mamy już wiek dwudziesty, i jednego z najciekawszych twórców jego pierwszej połowy - Ottorino Respighiego. Ten genialny Włoch jako pierwszy kompozytor w historii użył w swoim utworze nagranego na płytę głosu ptaka. W trzeciej części Pinii rzymskich, pt.Pinie na Janikulum, w delikatną melodię orkiestry zostaje wpleciony autentyczny śpiew słowika. Wspaniale oddaje to spokojny, nokturnowy nastrój dzieła. Respighi napisał nawet w partyturze, jakie dokładnie nagranie ma być używane!
Warto także wiedzieć, że Respighi napisał także suitę na orkiestrę pt. Ptaki. Oparta jest ona na muzyce twórców barokowych, Kura Rameau też się tam pojawia...


5.Olivier Messiaen - Kwartet na koniec czasu - cz.III Otchłań ptaków (1942)
Oto Olivier Messiaen - najbardziej zakręcony na punkcie ptaków kompozytor w historii. Notował i studiował śpiewy ptaków europejskich i egzotycznych i wykorzystywał ptasie motywy w prawie każdym swoim utworze. Swoje najbardziej znane dzieło, Kwartet na koniec czasu (inspirowany Apokalipsą św. Jana) na fortepian, klarnet, wiolonczelę i skrzypce, pisał przebywając w stalagu w Zgorzelcu. Tam też zostało pierwszy raz wykonane. Część trzecia, Otchłań ptaków, jest napisana na klarnet solo. Co tam mamy? Ciszę, spokój, prawdziwą, mistyczną otchłań... 
Temu kwartetowi muszę kiedyś poświęcić całą notkę, to po prostu niesamowita muzyka...


6.Einojuhani Rautavaara - Cantus Arcticus (1972)
Jest to najbardziej znany utwór tego wybitnego fińskiego kompozytora. Podtytuł dzieła to Koncert na ptaki i orkiestrę...bo faktycznie tak jest. Tylko że tutaj ptaszki "hałasują" przez cały utwór, nie tak jak u Respighiego. Śpiewy ptaków zostały nagrane niedaleko koła podbiegunowego  w Finlandii. Ptaki, które możemy usłyszeć to między innymi skowronki i łabędzie krzykliwe.A do tego oczywiście ta potężna orkiestra! Brzmi to niesamowicie, wręcz kosmicznie. Gratka dla wielbicieli muzyki filmowej, naprawdę nie ma się czego bać. Rautavaara to jeden z najfajniejszych kompozytorów naszych czasów

***
Oczywiście, ptasie motywy wykorzystywali także Haendel, Prokofiew, Bartok, Rimski-Korsakow, Bałakiriew, Liszt, Grieg, Ravel, Milhaud i całe rzesze innych twórców... Moja lista jest jak najbardziej subiektywna, jest odbiciem tego co wiem, i tego co lubię...

A ja na przykład nigdy nie potrafiłam polubić The Lark Ascending, czyli Wzlatującego skowronka Ralpha Vaughana-Williamsa, który tak się wszystkim podoba...


 
 A teraz obiecany

DESER 



  

niedziela, 10 lipca 2016

Carl Filtsch

Chopin uważał go za swojego najzdolniejszego ucznia. Komponował już jako dziewięciolatek, koncertował mając lat trzynaście...
I zmarł mając piętnaście...
Carl Filtsch, 1844

Carl Filtsch. Urodził się w 1830 roku w Mühlbach (Sebeș) w Transylwanii, jako syn luterańskiego pastora. To ojciec był jego pierwszym nauczycielem muzyki. Potem uczył się w Wiedniu u Fryderyka Wiecka (ojca Klary Schumann). Jako dziesięciolatek wystąpił na cesarskim dworze.

W roku 1841 wraz z bratem Josephem przybył do Paryża, by kształcić się u Fryderyka Chopina. Mistrz praktycznie nigdy nie uczył dzieci, po za tym udzielał tylko jednej lekcji tygodniowo - ale dla Carla postanowił zrobić wyjątek. Chłopiec miał u niego lekcje trzy razy w tygodniu.

Uznano go szybko za najzdolniejszego z uczniów Chopina. Zachwycali się nim Liszt,  Meyerbeer, Moscheles, Rellstab (krytyk muzyczny) i Anton Rubinstein (tak samo jak on cudowne dziecko). Sam Chopin nie szczędził mu pochwał, mówił, ze Carl rozumie jego utwory jak nikt inny, że wykonuje je niesamowicie... Chłopiec tworzył również własne kompozycje.

Nauka u Chopina trwała około półtora roku. W 1843 Carl rozpoczął karierę wirtuoza. Wystąpił  w Paryżu, Londynie, Wiedniu... Niestety, wkrótce musiał przerwać podróż koncertową - był bowiem chory na gruźlicę. Lekarze zalecili mu odpoczynek w Wenecji. Gdy jego zdrowie poprawiło się, wrócił do Transylwanii. Tam niestety choroba wróciła...

Następny wyjazd do Wenecji nie przyniósł już poprawy. Carl zmarł tam niespełna dwa tygodnie przed swoimi piętnastymi urodzinami... Został pochowany na Wyspie Św. Michała w Wenecji.


***

Jak o tym pomyślę, to serce mi się kraje. On nie zaczął jeszcze tak naprawdę żyć, a już musiał odejść...

Gdyby doczekał dorosłości, może zaliczano by go w poczet najgenialniejszych pianistów wszechczasów? Może zostałby wybitnym kompozytorem, i zmieniłby oblicze muzyki raz na zawsze?

Nie dowiemy się...

W Rumunii co roku organizowany jest konkurs pianistyczny jego imienia. I my pamiętajmy o Carlu, przecież był uczniem Chopina, i zostawił po sobie naprawdę piękne kompozycje...

Tutaj Romans bez słów op.3 nr 1, w wykonaniu Huberta Rutkowskiego. Carl napisał to jako trzynastolatek, trochę przypomina mi to Impromptus Schuberta.



A tu, mazurek es-moll, także opus trzecie... Zwróćcie uwagę na te ozdobniki, potrafił je wygrać swoimi trzynastoletnimi rękami...


Tu Adieu! (Das Lebewohl von Venedig) czyli Pożegnanie z Wenecją...
Bardzo wymowny tytuł... :(



A na koniec, jego Concertino h-moll  na fortepian i orkiestrę... Przypomina mi koncert e-moll Chopina.



No i z tym was dzisiaj zostawiam...
Sama dowiedziałam się o Carlu dopiero wczoraj...
Cześć...

wtorek, 28 czerwca 2016

Karol z Tymoszówki i jego operetka...

Karol Szymanowski nie jest tak znany jak Fryderyk Chopin... Właściwie mało kto o nim słyszał, a jeśli już, to najczęściej : "Harnasie". Granie na rozstrojonych złóbcokach i rąbanie fortepianu ciupagą.
A jeszcze mniej osób słyszało o tym, że on napisał kiedyś operetkę. Z piękną, melodyjną i skoczną muzyką, o ciupagach ani góralskim hałasie nie ma mowy.

Grzegorz Fitelberg i Karol Szymanowski, 1912

Podobno to był autorski pomysł Karola. Razem z Fitelbergiem wydali w Wiedniu (lub we Włoszech...) mnóstwo pieniędzy... i trzeba było jakoś podreperować budżet...
Więc gdy wiosną 1908 Szymanowski zatrzymał się we Lwowie, wpadł na pomysł napisania operetki. Potrzebne tylko libretto, muzyką miał zająć się późnie.

Stanisława, siostra Karola, studiowała we Lwowie śpiew, więc znała tamtejsze środowisko i wprowadziła w nie swojego brata. Był tam między innymi zdolny aktor i librecista, Julian Krzewiński (właśc.Maszyński). To on był autorem libretta do dzieła Szymanowskiego. Potem pisał teksty między innymi Różyckiemu.

Loteria na mężów, czyli narzeczony nr. 69 albo Główna nagroda
Miejsce akcji: ówczesne Stany Zjednoczone. Głównymi bohaterami są Charlie i Darley Helgolandowie, synowie Tobiasza Helgolanda, fabrykanta samochodów, fotografowie z zamiłowania... Na festynie Impresario Zabaw Publicznych ogłasza loterię, na której można będzie wygrać męża...
Darley, zakochany w pięknej Sarze, zgłasza się jako fant... I oczywiście cała rzecz kończy się szczęśliwie, małżeństwem, a po drodze jest mnóstwo fajnej muzyki i jak się domyślam przezabawnych perypetii... Dlaczego tylko się domyślam? O tym później.

Operetkowe fatum?
Szymanowski strasznie się męczył pisząc tę operetkę. Zrobił olbrzymią partyturę, na ponad 300 stron, z ogromną obsadą, pono jak u Mahlera... a potem dał do oceny ojcu librecisty, Piotrowi Maszyńskiemu. On był zachwycony, stwierdził że jest to “niesłychanie ciekawy eksperyment kompozytorski zastosowany do błahej rzeczy”.
Mimo tego, jakoś nie udało się Loterii wystawić. Fitelberg był już wówczas poważnym dyrygentem, ani mu się śniło brać się do takiej niepoważnej rzeczy jak operetka Szymanowskiego. W 1912 roku Karol zamówił niemieckie tłumaczenie libretta, chciał ją grać w Wiedniu, ale to też nie doszło do skutku.Więc utwór ten zniknął, po prostu, i nawet sam kompozytor o nim zapomniał!
Niektórzy sądzą, że się jej wstydził... Teresa Chylińska, wybitna biografka Szymanowskiego, mówi jednak, że on wcale tak nie twierdził, nie uważał tego za "wpadkę przy pracy". W każdym bądź razie, operetka za jego życia ani razu nie została wystawiona. W 1939 roku, dwa lata po śmierci Szymanowskiego, planowano wykonanie jej w Polskim Radiu. Jednakże i to się nie udało, bo wybuchła wojna.
A po wojnie, okazało się, że nie ma już libretta. Zginęło, przepadło. Zachowała się tylko partytura i tekst śpiewany.
I stąd nie wiadomo, co z czego wynika. Co wiąże arie i duety, jaka jest tak naprawdę fabuła utworu... Jedyne czym można się sugerować, to krótkie streszczenie, didaskalia i spis osób...

Jednak nie taka zapomniana
W 1952 roku, Grzegorz Fitelberg i Wielka Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia dokonali nagrania fragmentów operetki. W 1999 roku, na V Festiwalu Muzyki Współczesnej im. Witolda Lutosławskiego w Szczecinie odbyło się prawykonanie koncertowe całej muzyki, z towarzyszeniem  fortepianu, pod dyrekcją Warcisława Kunca. A w roku 2007, w Operze Krakowskiej, odbyła się premiera sceniczna dzieła.

Jak to możliwe, skoro libretta nie ma?

Trzeba było napisać... Wojciech Graniczewski i Józef Opalski z tego co wiem nieźle z tym sobie poradzili..

Akcja została przeniesiona trochę we współczesne czasy... Trzy spadkobierczynie majątku wuja Charlie'go, trafiają na trop ciekawej historii z początków XX wieku... mianowicie ktoś urządził wtedy loterię na męża...
Oryginalne arie z operetki pojawiają się w charakterze retrospekcji. Ciekawe!

Co znajdziemy w muzyce z Loterii na mężów?
Przebojowość, humor, skoczne melodie, trochę sentymentu... czyli krótko mówiąc, zabawa jest przednia!
Tym bardziej, że Szymanowski wykorzystał w swoim dziele popularne wówczas rytmy: amerykańskiego tańca cakawalk'a, brazylijskiej macziczy (maxixy), walca, kadryla... Pojawia się nawet Yankee Doodle! A oprócz tego operetka jest po trosze parodią muzyki poważnej: np. arii moniuszkowskich...


Miało być dla pieniędzy, a ostatecznie Szymanowski nie zarobił na tym ani grosza. Szkoda.

------

Chór Wesołych Wdowców (w rytmie cakewalk'a)


Duet Charlie'go i Darley'a (uwaga, na melodię Yankee Doodle)

A tu, uwaga, kompletna muzyka z operetki, w wykonaniu Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach, Zespołu Śpiewaków Miasta Katowice i wielu wspaniałych solistów (wśród nich m.in Wiesław Ochman, w roli Tobiasza Helgolanda). Dyryguje Michał Klauza.

Subskrybujcie kanał HonorataMusica!


niedziela, 19 czerwca 2016

21 czerwca 1966 Chopin mi podyktował... czyli o Rosemary Brown

Rosemary Brown (1916-2001), przez kilkadziesiąt lat utrzymywała, że kompozytorzy tacy jak Liszt, Chopin, Schubert, Beethoven czy Rachmaninow dyktują jej z zaświatów utwory. W dodatku wszyscy mówili do niej po angielsku, tylko Chopin, na złość, po polsku, i trzeba było potem chodzić do tłumacza...
Rosemary Brown

O jej dzieciństwie nie wiadomo wiele. Urodziła się w Londynie w 1916 roku jako Rosemary Isabel Dickenson, jej ojciec był elektrykiem, a matka pracowała jako menadżerka w firmie cateringowej. Pod ich mieszkaniem znajdowała się sala koncertowa...

Kiedy Rosemary miała 7 lat, zobaczyła ponoć mężczyznę o długich siwych włosach, ubranego w sutannę. Powiedział jej, że jest kompozytorem, i że ona też kiedyś będzie sławną kompozytorką. Za  dziesięć lat dziewczyna przypadkowo zobaczyła fotografię Liszta i okazało się, że to był właśnie on...

Od piętnastego roku życia pracowała na poczcie. W 1948 roku nabyła używane pianino i przez trzy lata uczyła się na nim gry. W 1952 wyszła za mąż za Charlesa Browna, naukowca rządowego, który pono był kiedyś ogrodnikiem króla Egiptu Farruka I... Mieli dwoje dzieci.

Jej mąż i matka zmarli w 1961. W 1964 podobno znów przyszedł do niej Liszt i od tamtego czasu całe czeredy kompozytorów zaczęły nawiedzać tę biedną wdowę i dyktować jej swoje nowe kompozycje... Brahms, Chopin, Bach, Liszt, Debussy, Rachmaninow, Mozart, Schumann, Schubert, Grieg... wow! Podobno zapisała ponad tysiąc ich utworów. Liszt przejmował kontrolę nad jej rękami, Schubert jej śpiewał, Chopin mówił nutki i pokazywał jej odpowiednie klawisze na fortepianie, a Bach i Beethoven tylko dyktowali jej po chamsku kolejne dźwięki... Pono rękopisy zdradzają typy pisma charakterystyczne dla tych kompozytorów.

Podobno pod koniec życia widywała też Szekspira, Van Gogha i Świętego Piotra...

W 1969 BBC postanowiło poddać kompozytorkę próbie. Posadzili ją na wizji przed forteklapą i kazali czekać, aż przybędzie jakiś dyktujący duch. Nagle zaczęła pisać... przyszedł Liszt. Utwór był tak trudny do zagrania, że Rosemary sama nie potrafiła go zagrać, zawołano więc pianistę który to uczynił. To było zdaje się, Grubelei.

Najciekawsze jest jednak to, że o tej pani, podobnie jak o Kołłątaju, okropnie mało wiadomo.

Niby nie miała żadnego wykształcenia w dziedzinie muzyki, a organista który ją uczył, mówił, że nie potrafi nawet najprostszej melodii dobrze zagrać. Z drugiej strony,  ona podobno kiedyś powiedziała że jest członkinią konserwatorium, a w Encyklopedii Muzycznej  Ludwiga Fischera napisano, że od 1965 roku była organistką w kościele. Psycholog Andrew Neher podaje zaś, że jej matka grała na fortepianie, i mała Rosemary też się wtedy trochę tego uczyła.

Niektórzy uważali, że kiedyś się kształciła muzycznie, ale potem w wyniku amnezji o tym zapomniała, i komponowała sama nie wiedząc, co potrafi... Inni uważali, że jest telepatką, i potrafi odczytywać leżące gdzieś daleko szkice utworów wielkich twórców, lub że cierpi na rozdwojenie jaźni.

Warto nadmienić, że nie wszyscy specjaliści dostrzegali w jej dziełach elementy stylu wielkich kompozytorów. Np. Leonard Bernstein (swoją drogę, hm, też ciekawa osoba...) sądził, że tylko utwory podyktowane jej przez Rachmaninowa brzmią autentycznie.

A Alan Rich, krytyk muzyczny z New York Timesa, powiedział że to przeróbki znanych dzieł wielkich kompozytorów!




 W tym utworze pomysł wyraźnie zerżnięty jest z innego utworu Bacha - preludium c moll BWV 847

Robert Kastenbaum, psycholog, uważa, iż dzieła pani Brown są tylko stylizowane na znanych twórców, bo są przewidywalne i nie ma w nich żadnych innowacji harmonicznych czy rytmicznych.

Ja wysłuchałam kilku jej utworów i np. w tym nokturnie nie słyszę zbytnio Chopina... To przepiękny utwór, i momentami przypomina niektóre utwory Fryderyka, ale całość brzmi raczej nie po chopinowsku.
Było wielu kompozytorów, którzy pisali podobnie.

Na koniec rzecz najważniejsza, a nie brana jakoś pod uwagę: ktoś zadbał o to, by jej sprawa była rozdmuchana... Napisz coś w stylu Chopina i chodź po specjalistach mówiąc, że Frycek ci to podyktował, na pewno będziesz sławny czy sławna, i sam Bernstein przyjdzie orzekać autentyczność twej pisaniny.A sławni pianiści będą cię wykonywać...

Więc naprawdę nic o tym nie wiadomo! Może pani Brownowa była tylko "aktorką"?

Więc: prawda czy mistyfikacja??

Zapraszam do dyskusji...

A po więcej informacji odsyłam tutaj:
http://www.paranormalium.pl/muzyka-z-zawiatow-niezwykla-historia-rosemary-brow,442,16,artykul.html

Stamtąd zaczerpnęłam trochę informacji i ilustrację.

niedziela, 5 czerwca 2016

Gustaw (Mahler) z IV części Dziadów, czyli muzyka, literatura i ignorancja

W szkole okropnie ignoruje się muzykę.
Np. na polskim, mówi się o literaturze, kinie i malarstwie, a o muzyce nie. Chyba, że o Szopenie, bo był patriotą, no i jest taki jeden wiersz Norwida...Ale po za tym, ministerstwo rzeczywiście chyba uważa, że muzyka nikogo nie interesuje.

Przykładowo: to skandal, że przy omawianiu Króla olch Goethego nie ma słówka o tym, że Schubert skomponował do tego super muzykę! W ogóle, ta ballada dopiero wtedy nabiera "tego czegoś". No ale po co o tym opowiadać, albo tego słuchać, jeszcze by się ktoś tym naprawdę zainteresował, a z pasjonatami wszyscy mają kłopot.

Tyle tytułem wstępu .

***
Wszyscy znamy Dziady Mickiewicza, no a przynajmniej o nich słyszeliśmy... A czy pani powiedziała nam na lekcji, że na podstawie IV części powstał poemat symfoniczny?

Bo powstał. A kto go napisał? Gustaw Mahler. Zapoznał się z dziełem Mickiewicza w niemieckim tłumaczeniu swojego bliskiego kolegi, Zygfryda Lipinera
Zygfryd Lipiner

Lipiner, podobnie jak Mahler, miał korzenie żydowskie, tylko że pochodził z innej części Austrii (sic!), bo z Galicji, a konkretnie z Jarosławia (Mahler, przypominam, był z Czech). W ogóle, to Zygfryd jeszcze był filozofem i sam Fryc Nietzsche niestety się nim zachwycał...

Na zlecenie arystokraty Karola Lanckorońskiego, dokonał przekładu Dziadów Mickiewicza. Wydał je w Lipsku w roku 1887 jako Todtenfeier. Mahler przeczytał to (podobno wręcz "czekał" na ten tekst) i zainspirowany, napisał poemat symfoniczny Todtenfeier, na podstawie IV części. Opowiada ona o tym, jak do księdza (który był wdowcem) i jego dzieci, przybywa nocą Pustelnik i snuje opowieść o swej nieszczęśliwej miłości. Pomału zaczyna wychodzić na jaw, kim jest -  to były uczeń księdza, nieszczęśliwy kochanek, Gustaw!!

Gustaw, ha, ha

Zagadka rozwiązana!
Ile razy słuchając symfonii Mahlera czy czytając o nim przypominał mi się Gustaw z Dziadów. No spójrzcie - zakochany nieszczęśliwie - bo w kobiecie, która go krzywdziła... a przy tym tworzący muzykę niezwykłą, pełną rozpaczy - i radości, gniewu - i namiętności, prostych melodii - i wyrafinowanych kontrapunktów. Czy Gustaw z Dziadów nie był taki neurotyczny?

Gustaw - to zawsze jest Gustaw.

Todtenfeier stało się potem I częścią słynnej II Symfonii Mahlera. Sam kompozytor wyraźnie zaznaczył, że pierwsza część powinna być oddzielona od reszty utworu przynajmniej pięciominutową przerwą.

Współcześnie, czasem grywa się Todtenfeier bez reszty symfonii.




No i jak, opłaca się jeszcze w ogóle chodzić do szkoły?

______________
Obrazki:

Zygfryd Lipiner, ze strony gustav-mahler.eu

Andrzej Mielewski (właść.Andrzej Sydor) w roli Gustawa-Konrada w Dziadach w reżyserii Stanisława Wyspianskiego (premiera 31 października 1901), z Wikimedia Commons

niedziela, 29 maja 2016

Operowy koszmar

Nie przepadam za ragtime'ami, zwłaszcza tymi, które wyszły spod ręki Scotta Joplina. Chociaż kiedyś uwielbiałam. Były to czasy, gdy nie grałam nic innego, niż tylko Maple Leaf Rag i The Entertainer, a także mniej znane dziełka, jak The Cascades... Ale Peacherine Rag, Pineapple Rag i innych już się nie nauczyłam, bo ta forma ewidentnie mi się znudziła... Scott Joplin był wykształconym muzykiem, znał muzykę europejskiego romantyzmu, ale niestety moim zdaniem jego utwory w większości są pisane na jedno kopyto.

Gdzieś przeczytałam, że ragtime był w Ameryce tym, czym w Europie były walce i mazurki Chopina czy inne miniatury fortepianowe, tworzone w masowych ilościach przez mniej i bardziej wybitnych kompozytorów. Dziewiętnasty wiek to był po prostu nie tylko wiek pary - to był wiek fortepianu. Nigdy wcześniej, ani później tak nie było.

Ragtime'y to na szczęście nie tylko ich "król", Joplin. Byli też inni. Nie dawno trafiłam na ciekawego ragtime'owego kompozytora - Felixa Arndta (1889-1918), którego matka - jak podaje ciocia Wiki - była księżną Fevrier, spokrewnioną z Napoleonem III.

Ciekawy był dlatego, że dwa jego ragtime'y - Humoresque Rag i Operatic Nightmare zawierają motywy z muzyki poważnej. W Humoresque Rag jest to oczywiście dworzakowska Humoreska oraz II Rapsodia Węgierska Liszta i Marsz pogrzebowy Chopina.


A w Operatic Nightmare - MiserereTrubadura Verdiego, Marsz weselny Mendelssohna, barkarola z Opowieści Hoffmanna Offenbacha, Aria do Wenus z Tannhausera, Marsz triumfalny z Aidy, uwertura do Rigoletta, Pieśń Torreadora z Carmen, miłosny duet Samsona i Dalili z opery Saint-Saensa, Chór żołnierzy z Fausta Gounoda... i może coś jeszcze, ja nie znam się muzyce poważnej, a na operze to już w ogóle...
Tak, ten pan w ciekawej czapce to jest Arndt...

Niektórzy uważają, że takie zszywanie utworu z fragmentów innych dzieł to jest "wożenie się" na innych i to "zło"... Moim zdaniem wcale nie. To jest bardzo sympatyczne. Czym różni się taki ragtime od wariacji lub od potpourri (z francuskiego: "bigos"), czyli wiązanki rzeczy pozornie sobie odległych?

Jednakże najpopularniejszym ragtime'm Arndta jest utwór Nola, a raczej To my wife, Nola, co chyba już wszystko wyjaśnia... Felix napisał go w 1915 dla swojej narzeczonej (i przyszłej żony), która miała na imię Nola. Niestety, kompozytor zmarł trzy lata później ma grypę hiszpankę, która zbierała swoje śmiercionośne żniwo na całym świecie... Miał tylko 29 lat...

Nolę wam też polecam. Bardzo to błyskotliwy i optymistyczny utwór... może czas się go nauczyć?


***
Pokażcie mi teraz twórcę muzyki rozrywkowej, który by żonglował hitami muzyki poważnej i robił z nich swoje utwory...

niedziela, 8 maja 2016

Dora Pejačević

Dora Pejačević
Dora Pejačević. Urodziła się w Budapeszcie w 1885, pochodziła ze starego chorwackiego rodu Pejačeviciów. Jej ojcem był ban* Teodor Pejačević, a matką Węgierka z pochodzenia, Lilla Vay de Vaya, pianistka, która była pierwszą nauczycielką muzyki dla swojej córki.

Dora komponować zaczęła w wieku lat 12. Uczyła się muzyki prywatnie, w Zagrzebiu, Dreźnie i Monachium. Była jednak w dużej mierze samoukiem.
Jej mężem był Ottomar von Lumbe, którego poślubiła w 1921 roku. Niestety, dwa lata później zmarła, w wyniku powikłań poporodowych...

Jej spuścizna jest dość obszerna - 58 opusów (106 kompozycji) - muzyka kameralna, solowa, orkiestrowa... Są to kompozycje salonowe, romantyczne, sentymentalne... Zaliczana jest do najwybitniejszych kompozytorów chorwackich, jej Symfonia fis-moll jest uznawana za pierwszą współczesną symfonię w muzyce chorwackiej.

 ----------------------------------------
A co ja myślę o Dorze?

Pierwszym utworem,  którego posłuchałam, była Sonata wiolonczelowa. Ten utwór uwodzi od początku bardzo piękną melodią, jednakże jest moim zdaniem trochę nierówny stylistycznie. Podobnie symfonia, koncert fortepianowy - to melodyjne, neoromantyczne kompozycje, ale brak im tego "polotu"... Może gdyby Pejačević pożyła trochę dłużej, pisała by lepsze, dojrzalsze utwory? Nie wiem, nie mnie sądzić. Jednakże uważam, że warto ją znać, i poświęcić choć trochę czasu na jej twórczość... Może ktoś z Was znajdzie tam coś, czego szuka?


9 walców kaprysów, czyli muzyka fortepianowa, moim zdaniem bardzo udane :)

No i jeszcze Sonata wiolonczelowa e- moll :))

 ----------------------------------------
 *ban - tytuł szlachecki

 Przepraszam tylko za "liźnięcie" tematu, następnym razem jakaś głębsza analiza będzie :))

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...