wtorek, 16 maja 2017

Leo Ornstein czyli 8 dekad komponowania

Wracam z przytupem, koledzy i koleżanki.

Dziś będzie o Leo Ornsteinie, genialnym kompozytorze i pianiście, słynnym w latach swej młodości, natomiast potem zapomnianym i niedocenianym. Był on też chyba najdłużej żyjącym kompozytorem, którego zna historia - przeżył całe XX stulecie, zahaczając jeszcze o XIX i XXI wiek. Narzekamy - Chopin młodo umarł, Mozart, Schubert...tu mamy Ornsteina, 109 lat, nażył się za nich wszystkich.
Leo Ornstein w 1918
Urodził się w 1893 roku w Krzemieńczuku, obszarze należącym niegdyś do Rzeczypospolitej, a po 1922 roku (traktat ryski) wcielonym do Rosji sowieckiej. Jego ojciec był kantorem w synagodze i to on zaznajomił go z podstawami muzyki. W 1902 roku Józef Hoffman, słynny pianista i macho od wycieraczek i spinacza biurowego, był przejazdem w Krzemieńczuku i zachwycił się grą młodego Lwa. Załatwił mu więc naukę w konserwatorium petersburskim. Potem młody artysta kształcił się jeszcze w Kijowie oraz Moskwie. Były to jednak jego ostatnie lata w Europie - w 1906 wraz z rodziną wyemigrował do USA, uciekając przed pogromami Żydów. W Stanach uczęszczał jeszcze do słynnej Juillard School, założonej w 1905. W 1911 miał miejsce jego debiut pianistyczny.

Zajmijmy się wreszcie muzyką, a nie tymi wszystkimi szkołami.
Pierwsze kompozycje Ornsteina były bardzo awangardowe. Wtedy mówiło się na takie futurystyczne. Po jego koncercie w 1914 w Londynie, jedna z gazet pisała, że twórczość Ornsteina to krzyżówka Schoenberga ze Skriabinem...
Czy rzeczywiście?
Tu jeden z najbardziej znanych przykładów jego wczesnego stylu, Danse Sauvage - Taniec Dzikusów.
Z uwagi na tematykę, dochodzi jeszcze Strawiński, co nie? Święto wiosny xD

Już widzę ile osób w tym momencie przestaje czytać i puka się w głowę, czego ja każę wam słuchać. Proszę was, doczytajcie do końca, a przekonacie się że warto znać Ornsteina, nawet gdy nie lubimy tego całego futuryzmu.

W krótkim czasie nasz znajomy zdobył wielką sławę jako pianista i szermierz nowoczesności w muzyce (modernism's poster boy xD) był jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w środowisku muzycznym USA. Klastery, atonalność, fajne tytuły (np. Samobójstwo w samolocie, czy to nie brzmi super?)... No i oprócz tego bardzo cenione wykonania muzyki Beethovena, Chopina, a także kompozytorów nowoczesnych jak Bartok, Strawiński, Ravel czy Schoenberg.

Ale przyszły lata dwudzieste i Leo wykonał obrót o 180 stopni.
Przestał pisać tak awangardowe utwory.
A kilka lat później skończył karierę pianisty.
Czemu? Dokładnie nie wiadomo. Znawcy tematu uważają, że nie umiał się odnaleźć w środowisku muzycznym USA, zbyt był niezależny i skoncentrowany na własnym, oryginalnym stylu. Po za tym, amerykańska publiczność była bardzo konserwatywna i nie przepadała za futuryzmem.

W tym czasie wraz z żoną, Pauline Cosio Mallet-Prèvos, także pianistką, założył The Ornstein Music School w Filadelfii.

Ale co się stało, to się nie odstanie. Wycofanie się z życia muzycznego spowodowało, że wkrótce jego twórczość została zapomniana i uznana za peryferyjne i mało znaczące zjawisko.

I paradoksalnie tu pojawiają się utwory, które znać trzeba i które obecnie są coraz częściej grane, m.in. przez nieocenionego pana Hamelina.

Np. jednoczęściowa II Sonata wiolonczelowa, po prostu idealne połączenie fortepianu z wiolonczelą, rzecz tak piękna, że...


Albo kwintet fortepianowy. Jak na moje amatorskie uszy, brzmi to jak Zarębski + Szymanowski + Szostakowicz, genialne!! Tu pierwsza część tylko, na YouTube można znaleźć pozostałe. Przy fortepianie oczywiście Hamelin.

A tu koncert fortepianowy, mroczny i niesamowity. Jak go sobie powtarzałam wczoraj, skojarzył mi się z muzyką z Indiany Jonesa... taaak, ale jest lepszy, trochę straszy.

Oryginalny styl Ornsteina, pełen niesamowitej harmonii, egzotyki, bardzo barwny, impresjonistyczny i ekspresjonistyczny... czego chcieć więcej? Współczesna muzyka powinna iść tą drogą właśnie, a nie jakimiś hałasami.

Ornstein zmarł w 2002 roku doczekawszy się dwójki dzieci, pięciorga wnucząt i czworga prawnucząt, łał.
Ostatni jego utwór, VIII Sonata, został napisany w 1990. Zatem od pierwszych kompozycji dzieli go przepastny okres prawie 80 lat.

A na koniec coś melancholijnego i nowoczesnego, ale w tym bardziej popularnym tego słowa znaczeniu. Solitude, czyli utwór o samotności. Lepsze 1000 razy niż jakiś tam Einaudi, Zweiaudi, czy jakoś tak...

6 komentarzy:

  1. Dziękuję, nie słyszałem o nim wcześniej. Mimo oporu amerykańskiej publiczności i tak miał szczęście w porównaniu z np. Bartokiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bartok też miał szczególnie niewesoło w Ameryce? W sumie to nie możemy się dziwić, nie było tam wtedy takiego muzycznego środowiska jak w Europie... A potem to wszystko i tak poszło w minimalizmy :/

      Usuń
    2. No tak, Bartok, biedował, głodował, twierdzą, że jego choroba i śmierć wynikła właśnie z tego powodu.

      Usuń
    3. Smutne to... ale taki czasem los tych, którzy przecierają szlaki.

      Usuń
  2. Dobry był z niego kompozytor, również o nim nie słyszałem, a szkoda :) Dzięki za info o nim :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, polecam się na przyszłość :D

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...