niedziela, 3 czerwca 2018

No posłuchałam tego Apellesa i...

I nie był to czas stracony. Tyle powiem. Żałuję, że nie dane mi było obejrzeć spektaklu, bo tak to trzeba było sobie większość wyobrażać, a jest co. Broń Boże, nie chodzi mi o ten spektakl z Łazienek czy z Kalisza, z tylko ten z teatru przy Placu Krasińskich!!! Cały czas szukam jakiejś odpowiedniej kiecki i kapelusza z epoki, żeby nie odstawać od reszty publiki jak się w końcu tam wybiorę. (Procedura budowania wehikułu czasu jest aktywna.)

Przypomnę tylko, że autorem libretta jest Ludwik Adam Dmuszewski (1777-1847), aktor, literat i mason VII stopnia wtajemniczenia (najwyższe w rycie francuskim),  który współpracował z Kurpińskim jeszcze przy wielu innych okazjach. Było to prawdopodobnie tłumaczenie/adaptacja sztuki francuskiego autora, pana Alexandre-Jean-Joseph de la Ville de Mirmont, o którym nie ma nawet na Wiki po francusku, heh... (wzmiankę o tym znalazłam tutaj). Dochód który przyniosło oryginalne przedstawienie tej jednoaktówki został przeznaczony dla Konstancji Dmuszewskiej, drugiej żony Ludwika Adama, która była śpiewaczką i wystąpiła m. in. w roli tytułowej w Jadwidze naszego Karolka. Swoją drogą, to ta opera też się zachowała, zatem sobie grzecznie siedzę i czekam, może się doczekam.

Jedno z malarskich przedstawień historii o Apellesie - Jerome-Martin Langlois, Szczodrość Aleksandra (1819)
A treść jest bardzo prosta - Aleksander Macedoński przyprowadza do malarza Apellesa swoją brankę, Pankastę, i każe mu namalować jej portret. Nasz artysta zastanawia się, jakby tu uchwycić jej piękno i się w niej zakochuje, a ona w nim. Przychodzi Aleksander, a oni oboje mają tylko spłonione liczka i nie chcą w ogóle odpowiadać na jego pytania. Łaskawy monarcha orientuje się w sytuacji i pozwala im być razem... Ot i cała treść. Oczywiście ja uważam, że Aleksander tak naprawdę to wszystko zaplanował, a Pankasta miała za zadanie inwigilować Apellesa. Popatrzcie, przyprowadził do niego dziewczynę i od razu się pyta o jego życie uczuciowe. A gdy malarz przyznał, że  jeszcze nigdy nie kochał, to Aleksander na to: "kto nie zna miłości, ten w żadnym kunszcie nie dojdzie do doskonałości". Ja wam mówię, coś tu jest na rzeczy, a kto tego nie widzi, ten ślepy.

W finale chór śpiewa, że król macedoński "zwyciężywszy tylekroć i króle i kraje jeszcze jest większym gdy się dobroczynnym staje" . Ale na początku też słyszymy z ust Apellesa, że Aleksander "rządzi podbitym ludem łagodnie" i "sam pierwszy podaje gałązkę oliwy" i nie wypada go malować w wojennej wrzawie gdy trupy leżą dookoła. A w dniu premiery jest 1815 rok, konkretnie to 17 marca, formalnie mamy jeszcze Księstwo Warszawskie, w Wiedniu nadal trwają bale narady. Jak ma na imię ówczesny car, który już za niespełna dwa miesiące przejmie sporą część Księstwa? Przez przypadek też Aleksander.
Fragment libretta (x)

Muzyka w owej operze jest pełna dramatyzmu, emocji i pasji, a w niektórych momentach to po prostu zapiera dech - vide nr 14 na płycie - ten orkiestrowy wstęp do arii. Ten klimat, to takie wirowanie, to jakieś zatracenie no po prostu, niesamowite. Świetny dramaturgicznie fragment jest, gdy Aleksander zamawia portret tym swoim basem-barytonem, oj zrobiło się odrobinkę groźnie! Liryczna aria Apellesa (nr 11) zdobyła moje serce, ach, i ten akompaniament... Szalenie mi się podobają orkiestrowe intermezza, gdy uderzają w sentymentalne tony (np. nr 17)... ale nie tylko, uwielbiam też  marsz (nr 15), niesamowicie uroczysty i porywający (i miejscami mi Warszawiankę przypomina, o nie...) Jedna z pełnych wdzięku klarnetowych solówek tak mi weszła w głowę, że już nie wyjdzie, niestety, zostanę z tą drzazgą w mózgu do śmierci. Generalnie mogę stwierdzić po jakimś czasie obcowania z muzyką Kurpińskiego, że on miał po prostu rękę do pisania na instrumenty dęte. Wsłuchajmy się w ten klarnet i blaszaki w Aleksandrze i Apellesie, w koncert klarnetowy i Cavatinę na trąbkę, ach! A jeszcze wg niektórych źródeł Kurpiński napisał koncert na waltornię który niestety gdzieś się zgubił... Ale wracając do tematu naszego wpisu, to po prostu jestem urzeczona tym jak muzyka jest tu różnorodna, jak wspaniale całą treść podkreśla i ilustruje. Można tego słuchać i słuchać, może z wyjątkiem chóralnej końcówki, bo ten śpiew w tym wykonaniu brzmi dziwnie, jakby był wymuszony. A, i z uwagi na to że akcja rozgrywa się w starożytnej Grecji, to w sumie nie ma okazji na wtrynienie czegoś polskiego... a jednak, Kurpiński potrafił i poloneza przemycił. I jest to ta aria gdzie Aleks "rząąąądzi podbiiiiitym luuuudem".


A co się tyczy libretta które można sobie przeczytać tutaj, to jak doń zajrzałam, to się przekonałam, że realizatorzy współczesnej wersji sporą część tekstu gadanego wycięli. A szkoda. Naprawdę. Co by o tym propagandziście Dmuszewskim nie powiedzieć, to jednak facet miał warsztat i trochę talentu, zazdroszczę mu tego. Dobrzy aktorzy, którzy podeszliby do tekstu z pewnym dystansem, mogliby zeń sporo wykrzesać. No właśnie, a jednak jak słyszę teksty mówione z tej płyty to są one recytowane tak średnio. Ale za to śpiewy ładne.

 ***

Bajdełej, to była dziewiąta opera Kurpińskiego, miał wówczas 30 lat i niespełna miesiąc po premierze się ożenił ze swoją Zosią, z którą przeżył następne 42 lata. Ale dzieci to oni nie mieli. Może gdyby Kurpiński miał jakichś potomków, oni zaopiekowali by się jego schedą i więcej by do dziś przetrwało? No chyba, że było by tak jak z synami Bacha, którzy pakowali sobie w nuty ojca kanapki do szkoły (tak było co nie, czy znowu coś mylę? xD). To tylko gdybanie, ale cóż, ja tam lubię gdybać. Może Kurpiński nie miał dzieci, ale za to miał całkiem fajnego szwagra - Józefa Brzowskiego, który również kompozytorem był i już wkrótce mam nadzieję doczeka się tutaj artykułu. Ów pan Brzowski dokonał naprawdę ważnych rzeczy - i nie chodzi mi w tej chwili o porządkowanie dorobku zmarłego Kurpińskiego. Już niebawem, panie Józefie, niebawem.

Aaa i popatrzcie, w tej książce która podlinkowałam jest też libretto do opery Józefa Elsnera 😈   Król Łokietek, czyli Wiśliczanki, korci mnie żeby sprawdzić jak się to ma do historii (jaką propagandę uprawiano w teatrze warszawskim tym razem), no ale nie dziś, brak czasu :(

Trzymajcie się zatem, miejcie oczy i uszy szeroko otwarte, odwiedzajcie czasem ten dziwny blog oraz biblioteki cyfrowe :)

piątek, 25 maja 2018

A & A

Przepraszam za tak długie nie pisanie.

Ale jest dobra informacja. Aleksander i Apelles, jednoaktówka Kurpińskiego która została po raz pierwszy od prawie dwustu lat wystawiona w zeszłym roku, jest już na płycie!!

Tutaj mamy uwerturę:

Kto zasponsoruje kompakcika swojemu ulubionemu blogerowi? <3

Nieee no, żartuję, sama sobie kupię jak się z tym wszystkim uwinę... Ale szalenie się cieszę, że w końcu z oper Karolka jest coś jeszcze wydane oprócz Zamku na Czorsztynie! Fajnie by było jakby nuty też wydrukowano... są na polona.pl jakby co! Ale niedostępnych cyfrowo nut też jeszcze trochę jest, między innymi w Bibliotece Jagiellońskiej: np. fortepianowa wersja uwertury do Cecylii Piaseczyńskiej, mam nadzieję, że zdążą to zdigitalizować przed moją śmiercią. Wtedy to sobie pobiorę, nauczę się i będę mogła umrzeć szczęśliwa :) Ale przedtem jeszcze wstawię tu swoje nagranko.

W ogóle to nie umiem w tytuły, czemu tytuł zawsze musi być? Pozdrawiam was serdecznie i obiecuję napisać coś ciekawego wkrótce (mam ciekawe tematy!), jeszcze zanim się czerwiec zacznie. Ach, cudowny maju, czemu tak szybko mijasz, nie nadążam zupełnie za tobą...

czwartek, 3 maja 2018

Emanuel Kania

 Emanuel Kania (1827-1887) to kompozytor, którego poznałam przez tę płytę jakoś w październiku zeszłego roku. Zamieszczone na niej trio fortepianowe g-moll jest cudowne, polecam wszystkim romantycznym duszom!

Urodził się w Uszycach na Opolszczyźnie. Był wybitnym pianistą oraz organistą, koncertującym także poza Polską. Zajmował się także krytyką muzyczną. Jego utwory to głównie kompozycje fortepianowe, kameralne, pieśni a także koncert fortepianowy i Allegro symfoniczne, jednak nie wiem jaki ich jest stan, czy zachowały się do naszych czasów. Na IMSLP jest trochę nut na fortepian i pieśni, niektóre nawet nietrudne, mam nawet ochotę dowiedzieć się jak brzmią ;)

W sieci możemy cieszyć się nagraniem jego sonaty wiolonczelowej z 1867...


...oraz pieśnią którą kiedyś sobie umieściłam, Oto płakałem we śnie do słów Heinego w tłumaczeniu Asnyka.


I ostatnio jeszcze wrzuciłam na dziwny tumblr Adagio z tria fortepianowego, to jest muzyka po prostu niesamowita, jak z innego świata... jeśli macie posłuchać czegokolwiek z dzisiejszego wpisu to zafundujcie sobie właśnie to!

https://treasuresofpolishmusic.tumblr.com/post/172660248518/emanuel-kania-1827-1887-pianist-organist

środa, 18 kwietnia 2018

Oczy tak piękne! 😍

Dziś prześladuje mnie ta pieśń, to znaczy: trio z komedioopery Kurpińskiego Zamek na Czorsztynie. Przypomnę, że rzecz dzieje się po bitwie pod Wiedniem. Dzielny Bojomir Buczacki i jego tchórzliwy sługa Nikita, wracając nocą w rodzinne strony, napotykają na swojej drodze wielkie stare zamczysko i wchodzą do niego, gdyż myślą, że jest niezamieszkałe. Tymczasem to tylko panna Łucja, służąca, nie zamknęła drzwi. Nikita, który boi się wszystkiego (tak, jego wyobraźnia jest szalenie pracowita: "gacki, omacki, duże panie w prześcieradłach przy okopconych zwierciadłach" xD), podejrzewa że to diablica, natomiast Bojomir zaczyna z nią flirtować, żeby się nie zezłościła, że tak weszli bez pytania... I tu mamy to urocze i nieco frywolne trio:

Bojomir:
Oczy tak piękne, oczy tak żywe
Nie zwykły bywać fałszywe
Lecz im powierzać straż domu
Nie radziłbym ja nikomu.

Łucja:
Rycerz waleczny
Zawsze jest grzeczny.

Nikita:
Diabeł im grzeczniejszy
Tym niebezpieczniejszy.

Bojomir: 
Tchórz im ostrożniejszy
Tym jest nieznośniejszy.
[...]

Autorem libretta jest, przypomnę, Józef Wawrzyniec Krasiński (1783-1845). Ale Kurpiński ogólnie w takich tematach też był niezły...kiedyś cały jego dzienniczek przeczytam, Karol, bój się! Podczas premiery Zamku Łucję grała jego żona, Zosia. Ten duet z Nikitą, gdy ona go próbuje skusić na kolację też jest fajny... W ogóle cały Zamek jest fajny! Tyle humoru, i pięknych melodyj, i dramatyzmu; i ta romantyczna tajemnica! A zakończenie mnie zawsze wzrusza. Kocham Zamek na Czorsztynie. Ach, czemu nie mieszkam w Warszawie w 1819? Do tej współczesnej to nie chcę.

Tutaj zamieszczam owo trio, nagranie z płyty z 2012, ale wideo jest niepubliczne, bo staram się nie zamieszczać komercyjnych nagrań; to jest wyjątek.


Zamek na Czorsztynie zupełnie nie pasuje do powszechnie przyjętej definicji opery: czyli że wszyscy śpiewają przez cały czas. To raczej operetka, wodewil, śpiewogra, komedioopera - jakkolwiek to nazwać. Muzyki i gadania jest mniej więcej pół na pół. Taki model opery był  tamtych czasach popularny, i o ile mnie pamięć nie myli, jest to modła francuska. W tym nagraniu z 2012 mówione kwestie skrócono do minimum, co jest jak najbardziej zrozumiałe, gdyż chodziło głównie o rejestrację muzyki.

Ale jest jeszcze jedno nagranie, z lat 60. lub 70., które zrealizowane jest w konwencji słuchowiska radiowego. Mamy tutaj nie tylko dużo śpiewania i gadania, ale także różne efekty dźwiękowe i odgłosy. Kto inny śpiewa, a kto inny mówi. W roli Bojomira (śpiewanej) mamy słynnego tenora Kazimierza Pustelaka, natomiast Dobrosław, czyli ojciec Wandy (ale dla odmiany "gadany"), to sam Wiktor Sadecki, który udzielił głosu Smokowi Wawelskiemu w Porwaniu Baltazara Gąbki... Bajdełej ja bardzo lubię tę bajkę! <3

Ta wersja Zamku jest wspaniała, można załapać o co chodzi z fabułą i w ogóle, artyści wspaniale wcielili się w swoje role. Można sobie to ściągnąć tutaj.

Dla każdego fana Kurpińskiego to jest MUST HEAR!!!

A dla fanki tym bardziej.😏

czy ja piszę to do siebie, co ja robię


***

To skoro już jesteśmy przy tym... to spójrzcie na coś co kiedyś tam znalazłam. To NIE DOTYCZY to opisywanej powyżej realizacji... ale jest urocze i nie mogę się powstrzymać.

Tak napisał Jerzy Waldorff o przedstawieniu Zamku na Czorsztynie w Teatrze Muzycznym w Poznaniu w 1984. Pal sześć, że ta inscenizacja to był jakiś misz-masz, wszystko pomieszane i poprzerabiane (tak przeczytałam w tej ulotce z której to wycięłam)...  ale ta wizja jest piękna, no wyobraźcie sobie to! Jeśli Kurpiński ze skrzydełkami nie jest piękny, to ja nie wiem kto jest. ❤ 😇

czwartek, 12 kwietnia 2018

Wiosna na blogu 2

Nie myślcie sobie, że w tym roku wiosenna lista nas ominie! Znalazłam parę fajnych wiosennych utworków, których w tym przybytku jeszcze nie mieliśmy.🌼

Lista z zeszłego roku jest tutaj.
Leon Wyczółkowski - Wiosna w Gościeradzu, 1931

Fryderyk Chopin - Wiosna, op.74, nr 2
Najpierw Frycek i jedna z jego pieśni, napisana do słów Stefana Witwickiego, który napisał również tekst do Życzenia i... Pije Kuba do Jakuba! xD
Melodia po prostu genialnie oddaje charakter tekstu. Można zobaczyć to wszystko, a nawet poczuć... Kocham ten utwór.
🌼

Tutaj wersja na fortepian solo.

Piotr Czajkowski - Pory Roku, op.37a (1876)
Pory Roku to zbiór 12 utworów na fortepian, powstałych  w 1876. Każdy z nich odpowiada jednemu z miesięcy i jest opatrzony podtytułem oraz fragmentem wiersza. Najpopularniejszą częścią cyklu jest przepiękny Czerwiec - Barkarola.

Z utworów wiosennych najbardziej podoba mi się chyba Kwiecień - Śnieżyczka. Ale każdy z nich jest na swój sposób cudowny. Najwięcej melancholii zawiera w sobie Marzec - Śpiew skowronka... ach, te rosyjskie skowronki, zaraz przypomina mi się Glinka...
A Maj - Gwieździste noce ? Tytuł chyba mówi sam za siebie, posłuchajcie! ;)

Marzec 


Kwiecień

Maj


Lili Boulanger - Wiosenny poranek (D'un matin de printemps)
(1917)
Opuszczamy epokę romantyzmu i przenosimy się do XX wieku. Lili Boulanger (1893-1918) była francuską kompozytorką, siostrą słynnej nauczycielki kompozycji Nadii Boulanger. Ten utwór, napisany na flet (lub skrzypce) i fortepian wpisuje się w nurt impresjonistyczny. Moim zdaniem jest przecudowny, genialnie obrazuje wiosenną aurę która nie zawsze przecież jest taka urocza i niewinna... ja słyszę tutaj między innymi wiatr który porywa kapelusze. :D W wersji na flet można też łatwo zauważyć ptasie motywy.

Warto znać obie, tego utworu też go słucham na okrągło.

Flet


A tu na skrzypce - w wykonaniu samego Yehudi Menuhina.


Darius Milhaud - Symfonia kameralna nr 1: Wiosna
A to jest też francuskie i nawet z tego samego roku. Symfonia, która trwa 4 minuty...
Wiem jak głupio to teraz zabrzmi, ale trudno.
To jest naprawdę takie nic, ale to "nic" jest bardzo wiosenne i warto posłuchać. xD


I to tyle na dziś, pozdrawiam.

🌼🌼🌼

wtorek, 10 kwietnia 2018

Antoni Milwid

Bardzo mało wiemy o kompozytorze Antonim Milwidzie (c.1755-1837). Zdaniem muzykologa Tadeusza Maciejewskiego jest on tożsamy z Antonim Milewiczem - organistą działającym w Czerwińsku nad Wisłą.

 W zbiorach biblioteki księży salezjanów w Czerwińsku zachowało się 11 utworów religijnych podpisanych jego nazwiskiem oraz 10 pisanych jego ręką, są one mu przypisywane, gdyż zastosowana jest w nich charakterystyczna dla niego instrumentacja. Milwid często wykorzystywał w swych utworach melodie tradycyjnych pieśni kościelnych, kolęd oraz mazurów i polonezów, a to już jest romantyczne! :)

Znalazłam dziś jego Symfonię koncertującą na obój i orkiestrę. Cudowny utwór, zwłaszcza pierwsza część mi się podoba... zwłaszcza to całość mi się podoba tak naprawdę. Kocham obój, te melodie i orkiestrę, mam cichą nadzieję że pan Milwid naprawdę sam to tak ładnie zorkiestrował, a nie, że ktoś przy tym w XX wieku majstrował.

 
Można to sparować z koncertem klarnetowym Kurpińskiego - i już nie jest tak łyso, jednak polskiej muzyki na dęte drewniane trochę jest :) A może coś jeszcze się znajdzie?

wtorek, 27 marca 2018

Elias Parish Alvars - Liszt harfy?

Elias Parish Alvars to genialny angielski harfista i kompozytor, tworzący w czasach Chopina i Mendelssohna (prawie co do roku się to zgadza, niestety...). Czyli jednak w angielskiej muzyce pomiędzy Purcellem a Elgarem coś było!
Elias Parish Alvars, portret autorstwa Josepha Kriehubera, 1839
Urodził się 28 lutego 1808 jako Eli Parish w Teighmouth w hrabstwie Devon. Jego rodzicami byli Joseph Parish, miejscowy organista oraz jego żona, Mary Ann. Na początku lat trzydziestych, kompozytor dodał do nazwiska człon Alvars (niewiadomo skąd to wziął) oraz zmienił imię na Elias. Muzyki uczył go francuski kompozytor oraz harfista i pianista, Nicolas-Charles Bochsa w Królewskiej Akademii Muzyki w Londynie. Ów Bochsa był wcześniej nadwornym harfistą Napoleona oraz Ludwika XVIII i uciekł z Francji do Anglii, bo w 1817 oskarżono go o fałszerstwo. Żeby było ciekawiej, to on w 1855 znalazł się w Australii (!) i tam też umarł... Ciekawy facet, kolejny wymagający dokładniejszego rekonesansu. Ahh, to czasy Karolka naszego przecież są! <3

Ale wracajmy do Eliasza. Nauki pobierał również we Florencji oraz Paryżu. W 1836 został pierwszym harfistą Opery Wiedeńskiej.W 1842 poślubił piętnaście lat od siebie młodszą Melanie Lewy, zdolną harfistkę i pianistkę pochodzącą z żydowskiej rodziny. Mieli dwoje dzieci i często koncertowali razem - to właśnie w celu wspólnych występów powstały przepiękne concertina na dwie harfy (lub fortepian i harfę) oraz orkiestrę.
Melanie Lewy, portret autorstwa Leopolda Müllera, 1840
Eliasz grał na najnowocześniejszej i najdoskonalszej wówczas harfie - pedałowym instrumencie projektu Sebastiana Erarda, który nabył w roku swojego ślubu.

Inni wielcy muzycy epoki nie kryli dla niego swego uznania - a byli to: Mendelssohn, Thalberg, Berlioz, który zwykł nazywać go Lisztem harfy oraz oczywiście Liszt.

Największym bodaj zaszczytem jaki spotkał kompozytora było mianowanie go nadwornym muzykiem cesarza Ferdynanda I w roku 1847. Niestety w roku następnym zaczęła się Wiosna Ludów, która przyniosła Parishowi Alvarsowi duże straty finansowe. W 1848 roku nie zagrał już ani jednego koncertu. Stan jego zdrowia bardzo szybko się pogorszył. Kompozytor zmarł 25 stycznia 1849, prawdopodobnie na zapalenie płuc, pozostawiając rodzinę w skrajnej biedzie. Jego żona musiała sprzedać niektóre swe ubrania żeby zapłacić za pogrzeb. W 1854 opublikowała w Londynie jego ostatnie kompozycje, a dwa lata później sama odeszła z tego świata :'(

***
Dlaczego obecnie Elias Parish Alvars nie jest praktycznie w ogóle znany? Myślę, że główną przyczyną jest to, że harfa jest znacznie mniej popularna niż np. fortepian. Nie było i nie ma harfistów którzy dorównywali by sławą wybitnym pianistom... zaraz zaraz, był jeden! Ale on się nie liczy.

Oprócz harfowej wirtuozerii dzieła Parisha Alvarsa pełne są barwnej i żywej orkiestracji, która nie pozwala słuchaczowi nudzić się ani na chwilę.

Najbardziej urzekł mnie jego koncert harfowy g-moll, o czym co wierniejsi czytelnicy zapewne już wiedzą... Tyle tam uczuć i pięknych melodii, które jak się pozna, to żyć bez nich nie można. Dla mnie to bardziej Chopin, a nie Liszt harfy jeśli już, a z resztą, przestańmy porównywać, niech każdy będzie sobą. To jeden z najpiękniejszych utworów, które znalazłam w całym moim życiu, marzę o tym, by usłyszeć go na żywo.



Jest również drugi koncert, w tonacji Es-dur, który również jest piękny, ale nie chwycił mnie tak mocno za serduszko jak g-moll. Btw, początek mi troszkę przypomina pierwsze takty koncertu klarnetowego Kurpińskiego, a Wam? :)


Tutaj przecudne, pisane z "filmowym" wręcz rozmachem Concertino na dwie harfy w d-moll. Eh, ta ostatnia, żywiołowa część! <3



A z muzyki solowej - pełna uroku Serenada.
Jak to słyszę to wyobrażam sobie że to gra Harpo Marx... Nie wiem czemu, ale wydaje mi się to być bardzo w jego stylu, naprawdę. To jest komplement oczywiście.:)


Posłuchajcie Eliasza, bardzo was proszę, podziwiajcie go ze mną!

A tak w ogóle... to czy wiecie o tym, że w konstrukcji współczesnej harfy orkiestrowej maczał palce pewen Polak? Tak było! Chcecie o tym artykuł?

Pozdrawiam!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...