sobota, 27 maja 2017

Brahms chciał wysadzić pociąg

Dzisiaj moi państwo znów będzie o mało znanym kompozytorze.
Dla odmiany austriackim.
Hans Rott
Hans Rott (1858-84) dziś jest zapomniany, ale za życia zdobył pewne uznanie. Był doceniany przez Brucknera i Mahlera, ten drugi nazywał go wręcz geniuszem. Za to Brahms uważał go za beztalencie.

Brahms... zaraz sobie o nim pogadamy jeszcze. 

Hans niestety miał pewne problemy, przez które wylądował w szpitalu psychiatrycznym. Mianowicie, w 1880 roku podczas podróży pociągiem straszył jakiegoś pasażera rewolwerem i mówił - uwaga - że Brahms napełnił dynamitem cały pociąg.

Więc psychiatryk, depresja - a na koniec gruźlica i pożegnanie się z tym światem w wieku 25 lat.
Hej, a może on miał rację i do psychiatryka wsadzili go ludzie opłaceni przez J.B???
Dzieła, które po sobie pozostawił, są jednak bardzo udane i warto ich posłuchać. Na uwagę zasługuje np. Symfonia E-dur, dzieło dwudziestolatka.

 Gustav Mahler się tym zachwycał. Nie dziwię się... bo to brzmi jak Mahler, a zwłaszcza scherzo! No i te wolne fragmenty, genialna symfonia moim skromnym zdaniem.

Tu natomiast lapidarna, 14-minutowa Symfonia na orkiestrę smyczkową.

Na YouTube możemy znaleźć jeszcze inne utwory, m.in. kwartet smyczkowy (też bardzo fajny) oraz pieśni i kilka innych drobniejszych utworów orkiestrowych.

***
A teraz Brahms.
Wiecie, mam z nim ostatnio kłopot.
Jego symfonie... jak sobie którąś włączam, to po trzech minutach mam dosyć...
Być może Wagner miał rację nazywając Johannesa drewnianym. Nietzsche mówił w jego przypadku o "muzycznej impotencji", a George Bernard Shaw oskarżał go o "przebieranie się" za Beethovena lub Haendla i robienie hałasu.
Coś w tym jest.

hehehe
 Z resztą, słucham ostatnio sporo Wagnera właśnie... i mam wrażenie, że przejście z Brahmsa na Wagnera jest możliwe - natomiast odwrotnie już nie. Chyba, że ktoś jest masochistą, ale ja nie jestem.

____________
Przydałoby się coś może o jakichś naszych, bo od dawna w obcokrajowcach siedzimy... ;)

wtorek, 16 maja 2017

Leo Ornstein czyli 8 dekad komponowania

Wracam z przytupem, koledzy i koleżanki.

Dziś będzie o Leo Ornsteinie, genialnym kompozytorze i pianiście, słynnym w latach swej młodości, natomiast potem zapomnianym i niedocenianym. Był on też chyba najdłużej żyjącym kompozytorem, którego zna historia - przeżył całe XX stulecie, zahaczając jeszcze o XIX i XXI wiek. Narzekamy - Chopin młodo umarł, Mozart, Schubert...tu mamy Ornsteina, 109 lat, nażył się za nich wszystkich.
Leo Ornstein w 1918
Urodził się w 1893 roku w Krzemieńczuku, obszarze należącym niegdyś do Rzeczypospolitej, a po 1922 roku (traktat ryski) wcielonym do Rosji sowieckiej. Jego ojciec był kantorem w synagodze i to on zaznajomił go z podstawami muzyki. W 1902 roku Józef Hoffman, słynny pianista i macho od wycieraczek i spinacza biurowego, był przejazdem w Krzemieńczuku i zachwycił się grą młodego Lwa. Załatwił mu więc naukę w konserwatorium petersburskim. Potem młody artysta kształcił się jeszcze w Kijowie oraz Moskwie. Były to jednak jego ostatnie lata w Europie - w 1906 wraz z rodziną wyemigrował do USA, uciekając przed pogromami Żydów. W Stanach uczęszczał jeszcze do słynnej Juillard School, założonej w 1905. W 1911 miał miejsce jego debiut pianistyczny.

Zajmijmy się wreszcie muzyką, a nie tymi wszystkimi szkołami.
Pierwsze kompozycje Ornsteina były bardzo awangardowe. Wtedy mówiło się na takie futurystyczne. Po jego koncercie w 1914 w Londynie, jedna z gazet pisała, że twórczość Ornsteina to krzyżówka Schoenberga ze Skriabinem...
Czy rzeczywiście?
Tu jeden z najbardziej znanych przykładów jego wczesnego stylu, Danse Sauvage - Taniec Dzikusów.
Z uwagi na tematykę, dochodzi jeszcze Strawiński, co nie? Święto wiosny xD

Już widzę ile osób w tym momencie przestaje czytać i puka się w głowę, czego ja każę wam słuchać. Proszę was, doczytajcie do końca, a przekonacie się że warto znać Ornsteina, nawet gdy nie lubimy tego całego futuryzmu.

W krótkim czasie nasz znajomy zdobył wielką sławę jako pianista i szermierz nowoczesności w muzyce (modernism's poster boy xD) był jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci w środowisku muzycznym USA. Klastery, atonalność, fajne tytuły (np. Samobójstwo w samolocie, czy to nie brzmi super?)... No i oprócz tego bardzo cenione wykonania muzyki Beethovena, Chopina, a także kompozytorów nowoczesnych jak Bartok, Strawiński, Ravel czy Schoenberg.

Ale przyszły lata dwudzieste i Leo wykonał obrót o 180 stopni.
Przestał pisać tak awangardowe utwory.
A kilka lat później skończył karierę pianisty.
Czemu? Dokładnie nie wiadomo. Znawcy tematu uważają, że nie umiał się odnaleźć w środowisku muzycznym USA, zbyt był niezależny i skoncentrowany na własnym, oryginalnym stylu. Po za tym, amerykańska publiczność była bardzo konserwatywna i nie przepadała za futuryzmem.

W tym czasie wraz z żoną, Pauline Cosio Mallet-Prèvos, także pianistką, założył The Ornstein Music School w Filadelfii.

Ale co się stało, to się nie odstanie. Wycofanie się z życia muzycznego spowodowało, że wkrótce jego twórczość została zapomniana i uznana za peryferyjne i mało znaczące zjawisko.

I paradoksalnie tu pojawiają się utwory, które znać trzeba i które obecnie są coraz częściej grane, m.in. przez nieocenionego pana Hamelina.

Np. jednoczęściowa II Sonata wiolonczelowa, po prostu idealne połączenie fortepianu z wiolonczelą, rzecz tak piękna, że...


Albo kwintet fortepianowy. Jak na moje amatorskie uszy, brzmi to jak Zarębski + Szymanowski + Szostakowicz, genialne!! Tu pierwsza część tylko, na YouTube można znaleźć pozostałe. Przy fortepianie oczywiście Hamelin.

A tu koncert fortepianowy, mroczny i niesamowity. Jak go sobie powtarzałam wczoraj, skojarzył mi się z muzyką z Indiany Jonesa... taaak, ale jest lepszy, trochę straszy.

Oryginalny styl Ornsteina, pełen niesamowitej harmonii, egzotyki, bardzo barwny, impresjonistyczny i ekspresjonistyczny... czego chcieć więcej? Współczesna muzyka powinna iść tą drogą właśnie, a nie jakimiś hałasami.

Ornstein zmarł w 2002 roku doczekawszy się dwójki dzieci, pięciorga wnucząt i czworga prawnucząt, łał.
Ostatni jego utwór, VIII Sonata, został napisany w 1990. Zatem od pierwszych kompozycji dzieli go przepastny okres prawie 80 lat.

A na koniec coś melancholijnego i nowoczesnego, ale w tym bardziej popularnym tego słowa znaczeniu. Solitude, czyli utwór o samotności. Lepsze 1000 razy niż jakiś tam Einaudi, Zweiaudi, czy jakoś tak...

niedziela, 7 maja 2017

Powrót i parada siódmomajowa

Wracam na blog po tej trochę dłuższej przerwie. 

Dziś mamy urodziny dwóch gigantów z epoki romantyzmu - Johannesa Brahmsa (1833-97) i Piotra Czajkowskiego (1840-93). Nie wiem, którego lubię bardziej, Brahms miał genialną muzykę kameralną, fortepianową, koncerty i symfonie, natomiast Czajkowski... właściwie to samo, plus opery i balety.
Brahms i Czajkowski
Robimy im teraz razem przyjęcie, a Czajkowski nie miał o muzyce Johannesa  zbyt dobrego zdania. Uważał, że brodacz nie ma wyobraźni i inwencji melodycznej. Natomiast Brahms Piotra nie krytykował. On raczej nie miał zwyczaju wieszania psów na innych muzykach. Robili to za niego inni. Np. Eduard Hanslick, krytyk muzyczny, jeden z największych zwolenników muzyki Johannesa. Nie cierpiał za to Wagnera, Liszta, no i Czajkowskiego też. Jego zdaniem koncert skrzypcowy Rosjanina to muzyka która śmierdzi uszom. Serio.

Ja tam koncert Piotra Iljicza lubię, podobnie jak koncert brodacza z Hamburga, jednak ostatnio ich nie słucham. Trochę mi się ta estetyka przejadła... 

Nie wiem, co dać do posłuchania. W sumie oni obaj mi się trochę przejedli, choć nadal jestem wielkim fanem ;)

Macie tu nieśmiertelny drugi koncert Brahmsa, tym razem z niesamowitym panem Hamelinem w roli głównej :)


I szóstą symfonię Patetyczną Czajkowskiego też.


Kogo wolicie bardziej - Piotra czy Jasia?

Teraz już będą posty w miarę regularnie. Jest mnóstwo, mnóstwo spraw, które muszę tu poruszyć.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...