poniedziałek, 2 marca 2015

Muzyczny Makuszyński



Makuszyńskiego znam od dzieciństwa - uczyłam się składać litery na Koziołku Matołku, lubiłam też Awantury i wybryki małej małpki Fiki-Miki oraz O wawelskim smoku. O dwóch takich co ukradli księżyc czytano mi w dzieciństwie.W szóstej klasie przeczytałam Szatana z siódmej klasy (do dziś uważam, że to najlepsza z wszystkich lektur szkolnych), a potem kolejno: Awanturę o BasięSzaleństwa panny Ewy i Pannę z mokrą głową.
Potem zrozumiałam, że wyrosłam z czytania powieści. Innych dzieł beletrystycznych Makuszyńskiego nie czytałam. Na pewien czas w ogóle o tym pisarzu zapomniałam.
A tu nagle, rok temu, niespodziewanie natknęłam się na jego Kartki z kalendarza - wydane w roku 1985 przez Wydawnictwo Literackie. Jest to zbiór felietonów, humoresek i opowiadań pisanych przez Makuszyńskiego przed wojną i pierwszych latach powojennych.
Zaczytałam się w tych tekstach i przez dłuższy czas nie mogłam wyjść z podziwu. A czytałam je - jak to mam w zwyczaju, gdy stykam się z tego typu książkami - na chybił trafił - co mi się spodoba. Bo tematyka tych tekstów jest - tak zresztą jak forma - bardzo różnorodna - polityka, rozrywka, społeczeństwo...ech, piszmy po ludzku! Makuszyński często wspomina dzieciństwo, lata szkolne, studenckie, pisze o swoich wybitnych znajomych (Zapolska, Kasprowicz, Reymont, Szymanowski), o teatrze, o kinie; układa zgrabne, zwięzłe historie, w których ukazuje absurdy "świata tego" oraz - niezwykle urocze i trochę denerwujące - paszkwile na płeć piękną...
A wszystko z niezwykłą swadą, humorem i refleksją. Nieraz płakałam ze śmiechu czytając jakiś jego tekst, nieraz też płakałam ze wzruszenia. Kornel Makuszyński - co doskonale widać w jego drobnych utworach - był bowiem posiadaczem niezwykłego talentu. Talentu umożliwiającego żonglerkę stylami i konwencjami. Miał jakby całą paletę barw, i umiał z niej korzystać, niesamowicie.

***

No dobra, tyle mojej refleksji o nim.
Skoro pisał o różnych rzeczach - to zapewne napisał też coś o muzyce, prawda?
Oczywiście!


Zaziębione fortepiano


W samych Kartkach z kalendarza (tym wydaniu, które ja posiadam) jest jej po prostu pełno.
Np. tekst o Karolu Szymanowskim, wydany pierwszy raz w 1939 roku - dwa lata po śmierci kompozytora. Jest to rodzaj swoistego epitafium.Czytając to, nie czuć jednak za bardzo żalu, bólu i rozpaczy po jego stracie. W sumie wymowa tekstu jest bardzo pogodna. Makuszyński przypominając koleje losu Szymanowskiego, nawiązuje do zabawnych wydarzeń, przytacza anegdoty, rysuje portret człowieka naprawdę pięknego i czarującego. Bo taki też jest tytuł tego tekstu - Człowiek czarujący.
Wspomniany zostaje np. koncert Szymanowskiego w Zakopanem. Przytoczę cytat, żeby nie "spalić efektu":

Ileż to było zabawy, kiedy to przed wielu laty zaprosiliśmy go na koncert w Zakopanem! Jak długo istnieje nie widziało ono takiego koncertu (...). Wielki muzyk zgodził się z roześmianą ochotą na występ publiczny w umiłowanej mieścinie. Odbył się on w sali Czerwonego Krzyża, w nieopalonej sali. Ogromny tłum ludzi siedział otulony w futra, bo mróz sierdzisty szklił się na szybach. Każdy inny nieco niecierpliwy artysta byłby uciekł z tej piekielnej sali. Szymanowski, przezacne chłopisko, uśmiechnął się po swojemu i w przewiewnym fraczku zasiadł do fortepianu.  Aby radość była całkowita, okazało się, że wysokogórskie fortepiano jest zaziębione, rozjęczane i że tylko cztery klawisze nie cierpią na reumatyzm i zgoła nie wydają głosu. Na tym straszliwym instrumencie grał ten genialny człowiek przez trzy oszronione, wiatrem nadęte godziny.

Apokaliptyczna, czarna głuchoniema bestia ożyła pod jego czarodziejskim dotknięciem, poczęła śpiewać i grzmieć. Instrument był nie strojony, ale muzyk się nie mylił. Czasem wesołym mrugnięciem dawał nam znać, że go niebotyczną radością napełnia to ujeżdżanie Bucefała.
Kliknij, aby powiekszyc
Sanatorium Polskiego Czerwonego Krzyża w Zakopanem - to tam odbył się ten koncert?

Dobra, dalej mi się już tego nie chce przepisywać - nikt tego jeszcze nie zdigitalizował, niestety. Dalej mamy opis dalszego koncertu Szymanowskiego, jak potem improwizował, grał "a la maniere de", czyli w stylu Chopina, Bacha, Wagnera itd.
Weźmy sobie nawet miejsce, gdzie owy koncert się odbył - wyobrażacie sobie coś podobnego obecnie? Chociażby dla takiej wiedzy warto czytać Makuszyńskiego, doprawdy.
Ogólnie rzecz biorąc, ten tekst o Szymanowskim jest po prostu niezwykle wzruszającym świadectwem. Pewnie niektóre fakty są nieco przejaskrawione, ubarwione... Ale twórcy - zwłaszcza takiego pokroju jak Makuszyński - mają swoje prawa.
Ja jednak nie jestem żadną tam polonistką, i pewnie koledzy filologowie doczepiliby się, że nie  przedstawiam rzeczowej analizy, streszczenia, tekstu... no wiem... ale ja przecież nie od tego tu jestem.

Dodam jeszcze, że w podobnym tonie zostały utrzymane inne teksty epitafia - poświęcone Zapolskiej, Kasprowiczowi, Reymontowi.  No ale mnie - niepoprawnej melomance - oczywiście najbardziej spodobało się o Szymanowskim...


Steinway nad Dniestrem


Nie tylko jednak tam pojawia się ten kompozytor. Ślady jego znajomości z Makuszyńskim znajdują się też w tekście Nieznane karykatury Sichulskiego, pisanym już po wojnie. Geneza tego tekstu jest następująca - Makuszyńskiemu, podczas burzenia Warszawy przez Niemców, zostało zniszczone jego mieszkanie, a wraz z mieszkaniem - pełno pamiątek, zbieranych przez całe życie. Wśród rzeczy, które przetrwały, znalazło się zaś pięć karykatur, wykonanych we Lwowie jeszcze przed pierwszą wojną światową przez karykaturzystę Kazimierza Sichulskiego. Jedna z nich przedstawia mecenasa i przyjaciela wszystkiej cyganerii Tadeusza Bietkowskiego - u którego czasami bywał Makuszyński... i nie tylko on.

Były to dni rozkoszy, bo wśród gości "zauważyliśmy" (jak piszą sprawozdawcy ze świetnych zebrań) dwóch muzyków: jednym był tylko Karol Szymanowski, drugim tylko światowej sławy pianista Artur Rubinstein. I jeden był w domu nad Dniestrem fortepian: tylko Steinway.

Nad Dniestrem... była kiedyś Polska, była...


Jak motyw u Strawińskiego...


Kolejnym przykładem nawiązania Makuszyńskiego do muzyki jest opowiadanie Muzyk i śmierć (opublikowane pierwszy raz w zbiorze Wycinanki, w 1925 roku). Nie, to nic smutnego, przeciwnie - humoreska. Dobrze już nie pamiętam, o co w niej chodziło, ale było coś o pewnym muzyku, który zawsze miał grobową minę - i  poszedł do sklepu z trumnami...
W każdym bądź razie, utkwił mi w głowie jeden super cytat.
  
Otóż muzyk ten przezacny szedł sobie niedawno Alejami w stronę Nowego Świata, nasłuchując, w jakiej tonacji gwiżdże wiatr. Jest to zajęcie pasjami przez muzyków i wariatów lubiane. Nagle lunął deszcz, co nie jest zdarzeniem tak bardzo niesłychanym, aby się temu dziwić. To też mój przyjaciel muzyk bynajmniej nie okazał zdumienia, co by się zresztą na nic nie zdało i byłoby jedynie marnowaniem emocjonalnych sił ducha, na tej bowiem nieruchomej twarzy nic by i tak nikt nie zauważył. Ponieważ i znakomitym ludziom deszcz moczy ubranie, a "deszcz gwałtowny", wedle Horacego, nie szkodzi jedynie pomnikom, mój przyjaciel muzyk w tempie di marcia usiłował uniknąć deszczowego preludium, deszcz bowiem zdradzał tendencją senza fine. Wobec tego skręcił, jak motyw u Strawińskiego, bolesnym ruchem w stronę pierwszych drzwi.

I znalazł się rzecz jasna w sklepie z trumnami.
Mistrzostwo!
Zwłaszcza ten Strawiński... tylko, że gdy ja tak mówię, to mnie nikt nie rozumie :(

 ***

Takich kwiatuszków jest oczywiście znacznie więcej, ale przepisywania jest mnóstwo, na serio! Nie ma tych tekstów w sieci. Nikt też nie robi wznowień Makuszyńskiego - chyba że chodzi  o lektury przeznaczone dla szkolnej dziatwy - jakieś Awantury o Basię, Szatany z siódmej klasy... To oczywiście wspaniałe książki - ale przecież felietony i inne teksty dla dorosłych też są wartościowe! Zaznajamiają z pewnymi mechanizmami medialnymi (np. felieton Jak się robi gazetę, albo Konkurs Łgarstwa), realiami historycznymi - jakże inne są teksty przedwojenne od publikowanych już po wojnie - pokazują również to, jak wspaniale można posługiwać się językiem polskim.

I co? I tego nie ma, nie ma na rynku świeżego, pachnącego farbą drukarską Makuszyńskiego. Jego książki można znaleźć jedynie na zapomnianej półce w domu lub zakurzonym regale biblioteki szkolnej. Tam upolowałam kiedyś Dziewięć kochanek kawalera Dorna, z tej samej serii Wydawnictwa Literackiego, co Kartki z kalendarza, z lat osiemdziesiątych.

Makuszyński w niedługim czasie po wojnie został objęty całkowitym zakazem publikowania. Komuniści uważali, że będzie miał zły wpływ na powojenną młodzież. Zmarł  w Zakopanem, w roku 1953, jako człowiek zapomniany. A w latach trzydziestych był uwielbiany - dzieci i młodzież nosiła go wręcz na rękach za te wszystkie powieści i opowiadania.

No, to może już wystarczy. Mam nadzieję, że spodobał Wam się Kornel Makuszyński, z tej, innej muzycznej strony. Także w jego powieści autobiograficznej Bezgrzeszne lata jest sporo o muzyce - jak chodził z kolegami do Opery Lwowskiej na wagnerowskiego Lohengrina, by zobaczyć łabędzia, jak nielegalnie wybierali się na operetki - żakom nie było wolno, bo treści nieodpowiednie; o dziwnych manierach niektórych śpiewaków, absurdach spotykanych w tłumaczeniach niektórych arii...

Nie, nie mogę się  powstrzymać! Jeszcze coś przepiszę.
Nie ma to jak się na koniec rozochocić. Więc:

 O absurdzie w arii z  Madame Butterfly Pucciniego:

A kiedy Butterfly pokazuje Pinkertonowi swoje rodzinne pamiątki, dialog, pełen słodyczy, brzmi:
"A te figurki? Cóż się z nimi stanie? To dusze moich przodków!
- Ach, uszanowanie! "

Bezgrzeszne lata, Wydawnictwo Literackie Kraków 1976

To już naprawdę koniec. Musiałabym chyba nie spać przez tydzień, żeby o wszystkim tutaj napisać.
Na koniec macie tu piosenkę ze słowami Kornela:
Ej dziewczyno, ej niebogo(Maki)


No, i bonsoir...

Źródła fotografii:
  •  lubimyczytac.pl
  • Narodowe Archiwum Cyfrowe - www.audiovis.nac.gov.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...