poniedziałek, 30 marca 2015

Zmiana czasu - i szklana muzyka

W sobotę była zmiana czasu z zimowego na letni. Czyli: wszystko robimy teraz godzinę wcześniej, chociaż nominalnie to niby nic się nie zmieniło.Ale biologia to nie są formalności. Co roku notuje się setki, tysiące zawałów (często ze skutkiem śmiertelnym) spowodowanych tym szybkim "przeskokiem" o jedną godzinę wcześniej.

Kto pierwszy wpadł na pomysł, by przestawiać zegarki? 

Podobno Beniamin Franklin, amerykański myśliciel, wolnomularz, wynalazca, jeden z "ojców założycieli" USA. Gdy napisał, że powinno się przestawiać latem czas o godzinę do przodu, to wszyscy myśleli, że stroi sobie żarty, że zwariował, i nikt nie wziął tego pomysłu na poważnie.
Idea zmiany czasu kiełkowała potem przez cały wiek XIX, by triumfalnie wkroczyć do naszego życia w roku 1916. Wtedy bowiem (I wojna światowa) Niemcy wprowadzili czas letni u siebie i na terenach okupowanych. Za tym przykładem poszli Anglicy, potem Amerykanie, a potem, to już niestety prawie wszyscy.
Czas letni stosowano u nas w latach międzywojennych, następnie podczas okupacji hitlerowskiej, a potem kolejno w latach 1946–1949, 1957–1964 i od 1977 r. do dziś.

I to wszystko przez Franklina?

Nie wiem. Ale za to jestem pewna, że "przez niego" pojawił się na tym świecie pewien ciekawy instrument...

Harmonika szklana!



Osiemnasty wiek był okresem wielkiego rozwoju muzyki, szczególnie instrumentalnej. Problem w tym, że mało było wówczas instrumentów muzycznych z dużym wolumenem.Pięciooktawowy klawesyn odchodził pomału na emeryturę, fortepian (też "nieduży" jak na dzisiejsze czasy) dopiero raczkował, a po domach i dworach stały klawikordy, szpinety i wirginały, jeszcze mniejsze.

Z tym brakiem dźwięków radzono sobie na różne sposoby. Komponując muzykę orkiestrową i... grając na kieliszkach. Austriacki twórca operowy Chrisoph Willibald Gluck był nawet z tego sławny, zresztą nie tylko on - było wielu kieliszkowców - wirtuozów, szczególnie na Wyspach Brytyjskich...
Kieliszki do grania, czyli anielskie organy, szklana harfa. Instrument zespołu Glass Duo

No ale z kieliszkami jest pewien kłopot. Trochę trudno je tak "z marszu" nastroić.
I tu z pomocą przyszedł Beniamin Franklin w roku 1761. Postanowił ulepszyć te anielskie organy (jak to je wówczas nazywano) i  wynalazł harmonikę szklaną, instrument składający się nie z kieliszków, a różnej wielkości szklanych kloszy. Wprawiało się je w ruch za pomocą pedałowania. Dotykając takiego obracającego się klosza wilgotnym (często niestety obślinionym...) palcem uzyskiwało się delikatny, wibrujący dźwięk.

Harmonika szklana była w osiemnastym wieku tak popularna, że nawet Mozart i Beethoven komponowali na nią utwory. Istnieli też "harmonikarze" wirtuozi - tacy jak Stephen Forrage, Marianne Davies czy niewidoma  instrumentalistka Marianne Kirchgessner.


 Dlaczego harmonika szklana straciła popularność? 

Cóż, po epoce klasycyzmu, w romantyzmie, liczyła się ekspresja, forte fortissimo, piano pianissimo... A ona, delikatna, "koronkowa" (patrz: mój artykuł Koronkowy mankiet ) nie dawała takich możliwości. Po za tym pojawił się fortepian, fisharmonia i inne instrumenty z dużym wolumenem.
Ale to nie znaczy, że odeszła zupełnie w niepamięć! Pojawia się u Camille'a Saint-Saensa w Karnawale zwierząt (Akwarium), jej brzmienie wykorzystują też czasem muzycy "nie-klasyczni" (np. Pink Floyd), istnieją też całe zespoły propagujące tą szklaną muzykę.

Tu Taniec wieszczki cukrowej Czajkowskiego na harmonice szklanej:

------------------------------
Przyznajcie: Franklin niefortunnie wypalił z tym zegarkiem...


Obrazy: Wikimedia Commons

czwartek, 26 marca 2015

A w gabinecie - excellencik...

No i kolejny artykuł z cyklu "Jak dawniej radzono sobie z brakiem miejsca, gdy chciano muzykować". Ostatnio pisałam o klawikordzie, dziś będzie o instrumencie większym, i działającym trochę w inny sposób.
Mianowicie o szpinecie.

Szpinet został wynaleziony w siedemnastym wieku.Pierwszym udokumentowanym budowniczym szpinetów był Hieronymus von Zentis (zbudował taki instrument już  w 1631 roku).
Szpinet von Zentisa z 1637 roku, ze zbiorów Muzeum Instrumentów Muzycznych w Brukseli

To właściwie taki mały klawesyn, różnił się tylko rozmiarem, naciągiem strun (pojedynczy i nietransponujący), głośnością i mniejszym wolumenem - ok. 4 oktawy. Miał otwierane skrzydło, trzy nogi i najczęściej trójkątne (chociaż zdarzały się tez czworokątne i pięciokątne) pudło rezonansowe, dzięki czemu wyglądał właściwie jak mały fortepianik.
File:Querspinett.jpg
Szpinet marki Gotfrieda Silbermanna z 1765 roku. Bachhaus, Eisenach, Niemcy.

W XVII i XVIII wieku był popularny jako instrument domowy, gabinetowy. W Polsce nazywano go excellencikiem. Prawda, że uroczo?
File:Epinette Rouaud.JPG
Współczesny (1991) francuski szpinet

Szpinet miał wiele cech wspólnych z wirginałem, o którym jednak napiszę trochę później.

Ach, kiedyś to było tyle tych instrumentów! Nie to co dziś. Świat jest co prawda kolorowy, ale bardzo ujednolicony. Właściwie mamy do wyboru: duży keyboard, średni keyboard, mały keyboard i bardzo mały keyboard... Na szczęście jest Internet i można sobie choć trochę pooglądać te piękne instrumenty z epok, kiedy jeszcze technika i tanie efekty nie zawładnęły ludzkimi sercami. Te szpinety, klawikordy czy fortepiany też mają serce i duszę; coś, czego na próżno szukać w podzespołach keyboardu.


------

A teraz trochę z innej beczki.
Jak pewnie niektórzy już zauważyli, notki na moim blogu publikowane są co dwa dni. I póki co nie ulegnie to zmianie.
Jeśli z czymś się nie zgadzacie albo chcecie coś dodać, piszcie to proszę w komentarzach.

wtorek, 24 marca 2015

Czy pianiści to... zwierzęta?

Czy pianiści to zwierzęta?!

No właśnie?
Karnawał zwierząt to suita składająca się czternastu miniatur instrumentalnych napisanych przez francuskiego kompozytora Camille'a Saint-Saëns'a w 1886 roku.
Kolejno to:
  1. Wstęp i marsz królewski lwa
  2. Kury i koguty
  3. Kułany (osły azjatyckie)
  4. Żółwie
  5. Słoń
  6. Kangury
  7. Akwarium
  8. Osobistości z długimi uszami
  9. Kukułka w głębi lasu
  10. Ptaszarnia
  11. Pianiści
  12. Skamieliny
  13. Łabędź
  14. Finał
No i? Wszystko - zwierzaczki, nawet Akwarium pełne zwierzaczków - rybek.
A pianiści?

Camille Saint-Saëns
No i tu zbliżamy się do sedna, gdyż Karnawał zwierząt to utwór niesłychanie zabawny, błyskotliwy, wręcz parodia. Zabawa. Camille Saint-Saëns (1835-1921), mistrz muzyki ilustracyjnej, ciągle bawił się konwencjami, potrafił naśladować styl niemal każdego innego twórcy. Komponować w stylu Liszta, Schumanna, Wagnera... Był ponadto świetnym organistą i pianistą, jako dwulatek nauczył się czytać, a pierwszą symfonię napisał mając 5 lat!

Fantazja zoologiczna
Jego najsłynniejszym utworem jest poemat symfoniczny Taniec szkieletów (1874) i właśnie Karnawał zwierząt. Z pomysłem napisania tej - jak sam to określał - fantazji zoologicznej - nosił się podobno 20 lat. I wreszcie, w Austrii - gdy wracał do Francji z podróży koncertowej po Niemczech - skomponował to.  Jak już pisałam, karnawał to parodia. Żółwie np. to nic innego jak Kankan z Orfeusza w piekle Offenbacha grany w bardzo wolnym tempie, a w Słoniu pojawia się melodia z Potępienia Fausta Berlioza.
Najbardziej znany fragment suity to punkt przedostatni, Łabędź, napisany na wiolonczelę z subtelnym akompaniamentem dwóch fortepianów. Nawet zrobiono z niego solowe widowisko baletowe, tańczyła Anna Pawłowa, słynna rosyjska primaballerina. Tylko nie wiem dlaczego zmienili wtedy tytuł na Umierający łabędź - przecież melodia wcale nie jest jakaś "konająca", tylko spokojna, romantyczna...
W ogóle, motywacją do stworzenia suity był benefis wiolonczelisty Labouca, zapowiedziany na luty - a zatem w czasie karnawału. I stąd tytuł.
Co ciekawe, Saint-Saëns zastrzegł sobie, że do jego śmierci Karnawał zwierząt nie może być wykonywany w całości - tylko fragmentarycznie.

Zwierzęta czy nie?
Wróćmy jednak do pianistów  - czy to zwierzęta, czy nie? O tak, i to najbardziej osobliwe z całej tej karnawałowej menażerii...
W Pianistach pojawia się właściwie tylko jeden pasaż, transponowany do różnych tonacji. To właściwie taka etiuda na dwa fortepiany i orkiestrę. Myślę, że kompozytor chciał pokazać, jak pianiści ćwiczą przed koncertem, jak dbają o każdy dźwięk, o każdy palec. I trochę to obśmiać;) Stąd też umieścił ich między Ptaszarnią a Skamielinami...

No, a teraz słuchanie: trzy fragmenty Karnawału, więcej nie, bo przecież jest Wielki Post. :-)

                                                                  
                                                                        Łabędź
 

           Pianiści
                                      

                                                                           
            Finał - moim zdaniem najlepsza część



Obrazy:
Rowlf, psi pianista z Muppet Show - toughpigs.com
Camille Saint-Saëns - Wikimedia Commons

niedziela, 22 marca 2015

Magia klawikordu

Mój post Jak kiedyś oszczędzano miejsce z 1 lutego br. traktował o fortepianach z pionowym układem strun. A dziś będzie o klawikordzie - najstarszym strunowym instrumencie klawiszowym (XVI w.), małym rozmiarami, ale bardziej "czułym" od klawesynu.
Dlaczego bardziej czułym? Otóż klawikord nie był instrumentem szarpanym, tak jak klawesyn, ani uderzanym jak fortepian. Dźwięk powstawał, gdy tangenty (języczki) wprawiały struny w wibracje. Przez to zmieniając naciska palca na strunę można było uzyskać efekt vibrato, jak na skrzypcach. Na innych klawiszowcach jest to niemożliwe.
Skala klawikordu to około 4 oktawy, trochę jak w przypadku niektórych współczesnych keyboardów-zabawek. Ponadto był instrumentem wyjątkowo cichym.
W przypadku koncertu - to rzeczywiście nie wystarczy, ale w domowym zaciszu, by w samotności czy otoczeniu najbliższych cieszyć się bachowskim menuetem - nie trzeba nic więcej.


Klawikord "Lepante" z XVI wieku, ze zbiorów paryskiego Musée de la Musique. Poznajecie?:)

Hillclavichord.jpg
Klawikord z 1977

Klavichord
A czemu klawisze mają być jednego koloru? Ze zbiorów Music Instrument Museum w Berlinie
                              
Klawikord,1763. Christian Kintzing Neuwied, Niemcy

A teraz wideo do lekcji. Dźwięk całkiem przyjemny moim zdaniem ;)

                                       

Obrazy: Wikimedia Commons, metmuseum.com

piątek, 20 marca 2015

Muzyka w kosmosie

Ha ha, machniom!
Właściwie to taka errata, kolejny rozdzialik do Muzykocentrycznej Teorii Wszechświata.
Pamiętacie muzykalnych kosmitów z Bliskich spotkań trzeciego stopnia? To nie o tym dzisiaj będzie - ale szczerze zapraszam do zapoznania się z soundtrackiem z tego filmu. Nie będzie też o Gwiezdnych Wojnach, choć też była tam fajna muzyka.
Na moim blogu - po za nielicznymi wyjątkami - publikowane są moje przemyślenia na temat spraw autentycznych i dotyczących obiektów faktycznie istniejących.
Więc najpierw muzyczny gwiazdozbiór.

Lutnia

Nazwa (po grecku Lyra, czyli lira, lutnia) została nadana w starożytności i nawiązuje oczywiście to do mitu o pierwszym wirtuozie, Orfeuszu. Wiecie, marnie skończył po utracie ukochanej Eurydyki. Tułał się i tułał po świecie, aż w końcu jakieś rozszalałe bachantki go rozszarpały. A jego lirę Muzy zaniosły do gwiazd...

File:LyraCC.jpg
Gwiazdozbiór Lutni

W Polsce możemy obserwować ten gwiazdozbiór od wiosny do jesieni.
W ogóle to większość narodów nazywa ten gwiazdozbiór "Lirą". My mówimy na niego Lutnia, tak samo zresztą jak Węgrzy. Po ichniejszemu lutnia to "lant", a Gwiazdozbiór Lutni to "Lant csillagkép". Nie wiem jak to przeczytać, ale co do znaczenia jestem pewna :)

Gdzie jeszcze można spotkać muzykę w kosmosie? No cóż - na statku kosmicznym! Astronauci słuchają nawet Chopina.

I jeszcze do matematyki

Czyli uzupełnienie do artykułu z 14 marca, z Międzynarodowego Dnia Liczby Pi.

Kiedyś na matematyce, gdy patrzyłam na jakiś układ równań , przyszło mi do głowy coś takiego:

Równanie spięte klamrą z równaniem
Jak pięciolinie... przy fortepianie...

A tu to macie na rysunku:
I co, może matematyka i muzyka to nie to samo?

Obrazy:
Gwiazdozbiór Lutni - Wikimedia Commons
Dowód na to że matma i muza to jedno - sama zrobiłam. Nuty - to początek Sonaty Księżycowej Beethovena, a równanie - może rozwiążę.:)

środa, 18 marca 2015

Kosmos w muzyce



Zwana "księżycową"
Więc najpierw - Sonata Księżycowa Beethovena. Kto ją tak ochrzcił? Ludwig... Rellstab, niemiecki krytyk muzyczny i poeta. Pierwsza część utworu, spokojne Adagio sostenuto, przywiodła mu na myśl odbicie księżyca w tafli Jeziora Czterech Kantonów w Szwajcarii. Postanowił więc zrobić z tego swojego skojarzenia użytek...

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/c/c2/Lake_lucerne.JPG
Jezioro Czterech Kantonów

Nuty z nadanym przez Rellstaba imieniem ukazały się pięć lat po śmierci Beethovena, w 1832 roku.
I tak, od tego momentu Sonata fortepianowa nr 14 cis-moll op. 27 nr 2 Sonata quasi una fantasia stała się na zawsze Mondscheinsonate, Sonatą Księżycową.



Światło księżyca

Kolejnym utworem odnoszącym się do księżyca - tym razem już specjalnie - jest Światło księżyca (Clair de Lune) Claude'a Debussy'ego. Inspiracją dla francuskiego kompozytora był wiersz Paula Verlaine'a, pt. Światło księżyca.

 Dusza twa jest jak pejzaż wyszukany,
 Gdzie wdzięcznych masek krążą roje płoche
 I bergamasek tłum w pląsy porwany;
 Wszyscy w przebraniach, jakby smutni trochę.

 Sławią miękkimi piosnki swej tonami
 Zwycięską miłość i żywot swobodny,
 Lecz w szczęście swe nie wierzą, zda się, sami!
 Bukiety nut w księżyca blask łagodny

 Wplata noc pełna smutku i urody,
 W koronach drzew ptaszęce budząc chóry
 I w spazm zachwytu zmieniając plusk wody,
 Rozbryzgi fontann chłoszczących marmury.

(tłum. Roman Kołoniecki)

No widzicie, są tu bukiety nut, i taniec - bergamaska. To Debussy'emu wystarczyło by napisać całą Suitę bergamaską, z utworem Światło Księżyca na samym początku.


Muzyczny układ słoneczny

Jednym z najoryginalniejszych i najbardziej kosmicznych utworów jest suita Planety angielskiego kompozytora Gustawa Holsta, pisana w latach 1914-16. Składa się z siedmiu części. Kolejno jest więc - Mars, Wenus, Merkury, Jowisz, Saturn, Uran i Neptun. Każda z planet opatrzona jest krótkim opisem, np. Mars to the Bringer of War, Uran - the Magician, a Venus - the Bringer of Peace, itd.
W suicie nie ma Plutona - odkrytego w roku 1930 - ale to dobrze, bo obecnie, od 2006 roku,  nie uważa się go za planetę.

No to macie tu Marsa. Moim zdaniem jest straszny, szczególnie końcowe akordy. No ale jak inaczej można opisać "przynoszącego wojnę"?



A tu tajemniczy Neptun...

Późniejsi twórcy, komponujący muzykę do filmów science fiction, np. Gwiezdnych Wojen czy Star Treka, bardzo się na Holście wzorowali. Np. marsz, towarzyszący Lordowi Vaderowi przypomina Marsa.

Theremin

A na koniec - kosmiczny instrument - theremin. Kojarzycie wyjące, tajemnicze dźwięki z filmów o kosmitach? To właśnie dźwięki thereminu, wynalezionego przez rosyjskiego wynalazcę Lwa Termena w roku 1919. Ma on też na swoim koncie wiolonczelę bez strun i przynajmniej kilka świetnych, założonych w Ameryce podsłuchów :-) Żył  97 lat (1896-1993). W 1991 roku zapisał się do KPZR. Pytany, dlaczego to robi, gdy wali się Związek Radziecki, odpowiadał "bo obiecałem Leninowi"...

Na tym nagraniu Lew Termen prezentuje swój wynalazek. Objaśnia, co to w ogóle jest - oczywiście po rosyjsku, a potem gra, z akompaniamentem fortepianu.




Co jest najciekawsze w thereminie? To, że podczas gry się go nie dotyka, a tylko przybliża i oddala dłoń. To instrument z rodziny elektrofonów elektronicznych. Jego brzmienie wykorzystywano w muzyce filmowej od lat czterdziestych.

No i to tyle.

Obrazy
Fotografia jeziora  - Wikimedia Commons
Kosmos - Mgławica Carina, pobrana z Wikimedia Commons, z domalowaną przez mnie nutką:)

sobota, 14 marca 2015

Liczba π - czyli o pokrewieństwie sztuk i nauk


Dzisiaj 14 marca, Międzynarodowy Dzień Liczby Pi. "Święto" matematyczno - studenckie, narodziło się oczywiście w Ameryce, gdzie dzisiejszą datę zapisuje się 3.14 - a to od razu kojarzy się z pi.
Można ją rozwijać i rozwijać...

No ale co to ma wspólnego z muzyką?

Euklides, Platon, Arystoteles omawiając nauki ścisłe, takie jak geometria, astronomia i arytmetyka, zajmowali się również muzyką. Pokazywali ponadto, jak jedna dziedzina wynika z drugiej.
W starożytności nikt więc tego jednego od drugiego nie oddzielał.
No bo spójrzmy - muzyka to uporządkowany układ dźwięków, i to nie byle jakich dźwięków, tylko tonów i półtonów. Ponadto posiada metrum, np.3/4, 2/4, a to nic innego jak ułamki, to określanie ile np. ćwierćnut może zmieścić się w takcie.
Muzyką rządzą po prostu prawa matematyczne. A jednak nie jest ona zimna, nieuczuciowa i ścisła. Wręcz przeciwnie - każdy interpretuje ją "po swojemu".

Ulotna i abstrakcyjna

Wykonywanie i słuchanie muzyki (chociaż wykonywanie bardziej) pozytywnie wpływa na mózg i myślenie abstrakcyjne. A matma jest właśnie abstrakcyjna. Muzyka zresztą też - no spójrzcie - można ją zapisać, zaśpiewać, zapamiętać, ale nigdy się nam nie zmaterializuje - chyba że ktoś uważa, że materializacja nastąpi, gdy dostanie worek dolców za śpiewanie.
Muzyka, melodia jest ulotna - istnieje właściwie tylko wtedy, gdy jest wykonywana.

Uczeni w dawniejszych czasach zajmowali się rożnymi gałęziami nauki - i muzyka była jedną z nich. Gdyby nie liczby, nigdy nie byłoby możliwe strojenie instrumentów i układanie skal durowych, mollowych, a nawet bluesowych.
Monochord, instrument służący do określania stosunku wysokości dźwięku do długości struny, został wynaleziony przez Pitagorasa. Ponadto - podobno on wynalazł skalę muzyczną i harmoniczne interwały w muzyce, tzw. strój pitagorejski.
Współczesny monochord

A wracając do liczby pi, to podaję taki wierszyk - jak zapamiętać, jakie liczby są po kolei trzynaście miejsc po przecinku:

Kto i bada, i liczy
Myśliciel to wielki
Mylić się zwykł jednakże
Matematyk wszelki.

Liczby liter w wyrazach odpowiadają kolejnym liczbom w rozwinięciu dziesiętnym liczby pi.
Wiersz nie jest jedynym utworem z tego gatunku. Istnieje mnóstwo różnych, dłuższych i krótszych wierszy o pi - ale ten jest najfajniejszy.

Poezję po za tym się śpiewa - można z towarzyszeniem monochordu, chociaż w dzisiejszych czasach chyba łatwiej o fortepian...

Obrazy:
liczba pi - Wikimedia Commons
monochord - trombamarina.com











czwartek, 12 marca 2015

Muzyka drugorzędna?

Tytuł dzisiejszego wpisu to tłumaczenie angielskiego sformułowania incidental music - tak właśnie anglojęzyczni nazywają muzykę skomponowaną do sztuki teatralnej. Po polsku - jakże by to brzmiało - drugorzędna muzyka do Snu nocy letniej? A oni - prosto z mostu - incidental music to Midsummer Night's Dream. Ech, język angielski... Mam pięć lat - I'm five years old.
Czyli : Jestem pięć lat stary.
Poezja.

Muzyka dodatkiem

Muzyka skomponowana do sztuki teatralnej  nie jest jej częścią, jak w przypadku opery czy baletu, gdzie to główne tworzywo. Teatr to sztuka słowa - a wszystko inne, jak dekoracje, kostiumy, rekwizyty i właśnie muzyka - są tylko dodatkami, zmieniającymi się zgodnie z epoką, upodobaniem czy zamysłem reżysera. Czyli właśnie rzeczą drugorzędną, nie mającą wpływu na treść, ale na odbiór, wrażenie, zrozumienie.

Oberon, Tytania i Puck tańczą z wróżkami - obraz Williama Blake'a

Na przestrzeni wieków wielu kompozytorów pisało muzykę do różnych sztuk. A my dziś często nucimy te utwory, natykamy się na nie w kinie, reklamie czy kościele - i  nawet nie wiemy, dlaczego i po co powstały.
Sztandarowym przykładem jest tu Marsz weselny Feliksa Mendelssohna. Zamówiony został do Snu nocy letniej Williama Szekspira. Dziś kojarzy się głównie ze ślubem i z amerykańskimi filmami. A nie z Oberonem, Tytanią, Heleną i Szekspirem...

Nie pamięta, do czego powstała...

Dalej - muzyka Edwarda Griega do dramatu Peer Gynt Henryka Ibsena. W grocie króla gór, Poranek, Pieśń Solvejgi, Taniec Anitry - nawet przeciętny śmiertelnik spotyka się z nimi bardzo często. A powstały do Peer Gynta - sztuki naprawdę dziwacznej i oryginalnej. Z całym szacunkiem dla Ibsena i jego nieprzeciętnego talentu - muzyka Griega jest znana niż bardziej niż dramat, i to z nią głównie kojarzy się Peer Gynt.
Peer Gynt -  tytułowy bohater sztuki, rysunek Petera Nikolaia Arbo

Kolejny przykład - Valse Triste Jana Sibelliusa. Jest jednym z ośmiu utworów, które fiński kompozytor skomponował do tragedii Kuolema (Śmierć) Arvida Jarnefelta. Sztuka - znana właściwie tylko w Finlandii. Muzyka - wszędzie.

Marsz turecki Beethovena - skomponowany do Ruin Aten Augusta von Kotzebue. I znów utwór - zarówno w wersji orkiestrowej, jak i w aranżacjach na fortepian Franciszka Liszta, Antoniego Rubinsteina i Sergiusza Rachmaninowa - jest znacznie bardziej znany niż sztuka. Powiem więcej - tylko on ocalał! Tych Ruin dziś już nikt nie wystawia, w ogóle to nie były one jakimś szczególnie wybitnym dziełem.

Drugorzędna?

Podobne przykłady można by mnożyć. Jak widać niektóre utwory zaczęły żyć własnym życiem, znacznie przewyższając popularnością dramaty, do których były ilustracją. Inne - jak np. Marsz weselny ze Snu Nocy Letniej - też się szybko "oderwały", a sztuka bez nich ma się wspaniale - bo była już szeroko znana za nim ta incidental music do niej powstała.
I teraz ja zadaję pytane - co tu jest drugorzędne?
Czy utwór "żyjący" bez sztuki, czy sztuka, o której wspomnienie zawarte jest jedynie w ... utworze skomponowanym do niej?

----
Pieśń ujdzie cało - pisał Mickiewicz.
Muzyka zaczyna się tam, gdzie słowo jest bezsilne - uważał Debussy. Może być zrozumiana przez ludzi wszystkich narodowości. Nie potrzebuje tłumaczenia, tak jak słowa. Jest językiem uniwersalnym.

No, możemy to uznać za swoisty muzykocentryzm. Muzykocentrologię stosowaną. :)

wtorek, 10 marca 2015

Na cztery ręce...

Nie wiem dokładnie, kiedy to było: może jeszcze w wieku siedemnastym, a może już w osiemnastym. W każdym bądź razie był sobie jeden klawesyn... i dwóch klawesynistów. Każdy z nich chciał oczywiście grać, więc siedli razem do instrumentu - jeden po lewej, drugi po prawej - i po paru próbach zagrali razem jakiś utwór.

Niby nic, a tak to się zaczęło - tak narodził się (wg. mojej teorii) jeden z najbardziej pomysłowych i wesołych sposobów grania na fortepianie - gra na cztery ręce.
Spacerkiem po klawiszach... czterema rączkami


 Popularna rozrywka
W wieku osiemnastym właściwie jeszcze raczkował. Wiemy o tym, że Mozart i jego siostra Nannerl będąc dziećmi robili show dając "czterorękie" koncerty, a sam Mozart (a przed nim Jan Krzysztof Bach) skomponowali na cztery ręce kilka sonat. Ale to było jeszcze nic, przedsmak tego co nastąpiło w wieku XIX wieku.
Na początku dziewiętnastego stulecia granie na cztery ręce stało się bardzo popularne, zwłaszcza w mieszczańskich domach w Austrii i Niemczech. Mnóstwo kompozytorów pisało i transkrybowało na ten rodzaj muzyki całe masy utworów. Najlepszym przykładem jest tu oczywiście Franciszek Schubert. Jego najlepszą kompozycją na cztery ręce jest Fantazja f-moll.


 W drugiej połowie dziewiętnastego wieku upowszechniło się pianino, mniejsza i tańsza wersja fortepianu - więc i gra w takim duecie jeszcze bardziej się rozpowszechniła. Brahms, Dvořak, Liszt - oni wszyscy zarabiali na dostarczaniu ludziom kolejnych utworów na cztery ręce. Jak już pisałam, także mnóstwo popularnych kawałków, fragmentów oper czy dzieł orkiestrowych zostało zaaranżowanych w ten sposób.

Dlaczego granie na cztery ręce było takie popularne?
Myślę, ze przemawiają za tym dwa argumenty:
- jest to łatwiejsze od gry solowej, bo każdy skupia sie tylko na swojej partii
- więcej niż jedna osoba może się bawić.
Auguste Renoir - Young Girls at the Piano - Google Art Project.jpg
August Renoir, Dziewczęta przy pianinie, 1892

Możliwości zabawy - alias spędzania wolnego czasu wieczorem - to w XIX wieku były gry towarzyskie (najczęściej karciane, jak wist, brydż, preferans), rozmowy, czytanie lub muzykowanie. I właśnie to ostatnie było - jak myślę  - najpopularniejsze. Najczęściej śpiewano albo grano na cztery ręce. Wystarczy zapoznać się np. z Przedwiośniem, czy prozą Prusa lub Turgieniewa by się o tym przekonać. Fortepian był nieodłącznym elementem tamtych czasów, po prostu. Stał prawie u każdego, kogo tylko było na niego stać. A wcale nie była to tak mała grupa.
To był fenomen. Nigdy wcześniej ani później pianiści nie byli tak rozchwytywani, a muzyka fortepianowa tak lubiana jak wtedy.

Upadek?
Ale czas płynie... Pod koniec dziewiętnastego wieku był już fonograf, patefon, raczkowało (co prawda nieme) kino. A potem wybuchła I wojna światowa.
Wojna to zawsze okrucieństwo i demoralizacja. A to była wtedy największa wojna, jaka przyszła.
Nic więc dziwnego, że po niej popularność fortepianu (jako instrumentu domowego) i gry na cztery ręce spadła, i nigdy nie odrodziła się w takiej postaci, w jakiej istniała w wieku dziewiętnastym.
W dwudziestoleciu międzywojennym pojawiło się dźwiękowe kino, płyty długogrające, radio, tania prasa... i Wielki Kryzys. Najpierw wojna, potem ta hiperinflacja - życie stało się naprawdę ciężkie. Ludzie nie mieli nawet czasu na rozrywkę i, powiedzmy, rekreację. Jeśli już udało im się "wyrwać" jakąś wolną chwilę, to szukali rozrywki łatwej, szybkiej, nie wymagającej wysiłku. I tak wpadali w objęcia kultury masowej.
Po co grać, skoro można sobie puścić płytę...

A po II wojnie rozpowszechnia się telewizja, która niszczy wszystko dokumentnie, bo jej oglądanie nawet nie wymaga - jak np. słuchanie radia - wyobraźni.
I gdzie tu miejsce na grę na cztery ręce, powiedzcie?

Dzisiejsze czasy
Nadal czasami możemy się z nią spotkać - czy to w szkole muzycznej, gdzie nauczyciel gra z uczniem, czy na koncercie, czy w jakimś filmie muzycznym. W domu zaś naprawdę bardzo rzadko.Ogólnie to rzadko kto ma pianino, a nawet jak ma - gdzieś po dziadku-pradziadku - to często nie dba, nie stroi, nie odkurza, zastawia gratami albo wynosi do piwnicy. No albo sprzedaje - chociaż w sumie nie wiem, kto to kupuje...
Znalezione obrazy dla zapytania destroyed piano
Niestety...

I oczywiście siada przed telewizorem, czy wyciąga smartfona.
To są niestety dzisiejsze czasy.
Smutne, prawda?
Smutne, ubogie i pełne samotności. Przez kolorową otoczkę i masy przytłaczającego badziewia trudno to z początku zobaczyć, ale gdy przyjrzymy się uważnie...


To nie oznacza jednak, że piękna tradycja domowego muzykowania nie może się odrodzić. Tańce węgierskie Brahmsa nie powstały po to, by gdzieś leżeć odłogiem i czekać na nie wiadomo co.
Dwie osoby lubiące grać (i siebie nawzajem) i pianino. To zdecydowanie wystarczy, by cieszyć się muzyką i wskrzesić - chociażby we własnym wymiarze - grę na cztery ręce w stylu dziewiętnastowiecznym! Można grać co się chce, wystarczy trochę pomysłu, inwencji i ...chęć współpracy. Czyli jest to zajęcie kształcące, budujące wspólnotę. A ile ma się możliwości do improwizacji! Co z tego, że będzie na pewno trochę pomyłek, przecież nie każdy musi grać jak Paderewski!

Bo gdy gramy coś samemu, czy właśnie w zespole, to nadajemy tej muzyce nowy wymiar, za każdym razem.
Dajemy coś od siebie i stajemy się bogatszymi ludźmi. I ile przy tym radości...


Dodatek humorystyczny:
Bracia Marx pokazują, że gra na cztery ręce to również dobra okazja, żeby się powygłupiać. :)

Obrazy: 
cztery rączki na klawiaturze - własna fabryka:)
patefon i obraz Renoira - Wikimedia Commons
rozwalone pianino - aminorkey.com

niedziela, 8 marca 2015

Piątek na stepie

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/0/07/ZygmuntNoskowski.jpg
Zygmunt Noskowski
Step Zygmunta Noskowskiego był tym utworem, o którym wiedziałam już od dawna, że istnieje... Zawsze jednak jakoś brakowało albo czasu, albo pamięci by się z nim zapoznać.... Człowiek tonął w innych, poznawanych "na szybko" dziełach. A Step, pierwszy polski poemat symfoniczny, gdzieś zginął po drodze.

I ni stąd, ni zowąd, w ten piątek, niespodziewanie trafiłam na to w radiu!

Nie ma przypadków, są tylko znaki - więc dziś o tym piszę.

Autor Stepu, Zygmunt Noskowski (1846-1909) był najlepszym polskim symfonikiem XIX wieku. Z domu wyniósł... niechęć do Chopina, ponieważ kompozytor ów źle wyrażał się o towianizmie - ruchu religijno-mistycznym założonym przez Andrzeja Towiańskiego. A Towiański - był przyjacielem Noskowskich. Nawet wspierali go finansowo i opiekowali się jego dziećmi!

W dorosłym, samodzielnym życiu Zygmunt był jednak jednym z najzagorzalszych propagatorów Chopina, czego przykładem jest np. utwór pt. Z życia narodu. Obrazy fantazyjne na tle Preludium A-dur op. 28 nr 7, Chopina oczywiście.

Uczył się u Stanisława Moniuszki, sam tez wykształcił wielu kompozytorów, jak np. Szymanowskiego, Karłowicza, Szelutę czy Fitelberga.

Jest autorem trzech symfonii oraz licznych utworów fortepianowych i orkiestrowych. Najpopularniejszy z nich jest właśnie poemat symfoniczny Step, powstały w 1897 roku. Miał być początkowo uwerturą do opery opartej na Ogniem i mieczem Sienkiewicza. Opera jednak nie powstała, z powodu iż trudno było na podstawie tej monumentalnej powieści napisać libretto. Szkoda, chętnie posłuchałabym arii Skrzetuskiego (zapewne byłby to jakiś liryczny tenor...)czy jakichś kozackich tańców...

Jak już wyżej napisałam, Step to pierwszy polski poemat symfoniczny. Forma ta jako gatunek została zapoczątkowana przez Liszta (Co słychać w górach?, 1848) i zawsze jest oparta na jakiejś pozamuzycznej treści: na dziele literackim, plastycznym itp.Tu mamy Ogniem i mieczem - są więc liryczne, spokojne frazy, fragmenty pełne dramatyzmu i triumfalne akordy, opisujące zapewne jakąś wygraną bitwę...


Zapraszam więc - na step... Jak dla mnie, to magiczna podróż.

czwartek, 5 marca 2015

Taka zbieżność...

Sergiusz Prokofiew
Dziś jest 62.rocznica śmierci Stalina i Prokofiewa.
Nie ma w tym nic dziwnego. Codziennie rodzi się i umiera wielu ludzi.
Ale tu? Generalissimus - i muzyczny geniusz. tego samego dnia - w tym samym mieście, Moskwie.
Oczywiście śmierć Stalina była ważniejsza... To o nim pisały wszystkie gazety, tworzono nekrologi i epitafia.A o Prokofiewie nic. Odszedł cicho, bez echa, w zapomnieniu.
Jego pogrzeb także był skromny, gdyż w całej Moskwie nie można mu było nawet kupić kwiatka na grób. Wszystko wykupiono dla Stalina.
Smutne, jak to los czasem bywa okrutny.

O tym wydarzeniu opowiada pewna anegdota, ciekawa, bo pochodzi z Polski. Występuje w niej Grzegorz Fitelberg, polski dyrygent urodzony na Łotwie, dobry znajomy Prokofiewa.

Cytuję z Wikipedii:

Dzień po śmierci Stalina i Prokofiewa Fitelberg po przyjściu na próbę orkiestry miał zwrócić się do muzyków słowami: Panowie, proszę wstać. Dziś w nocy umarł wielki radziecki kompozytor Siergiej Prokofiew. Proszę uczcić minutą ciszy. Po minucie miał z kolei powiedzieć do koncertmistrza: Panie Wochniak, podobno Stalin też umarł.

No i kto ważniejszy? 

A teraz może czegoś posłuchamy - oczywiście Prokofiewa. Proponuję "Symfonię klasyczną" - jeden z najoryginalniejszych i najfajniejszych dzieł tego twórcy. Strukturą nawiązująca do symfonii epoki klasycyzmu, jest jednak dziełem zupełnie współczesnym.Jakby połączeniem starego i nowego - oczywiście w sposób kunsztowny.

To wyjątkowe, pełne humoru i wdzięku dzieło.I jak na symfonię bardzo lapidarne - trwa około 13 minut.
Trochę głupio, że podsyłam Wam tego rozkosznego fajerwerka w jednak smutną rocznicę... no ale cóż. Exegi monumentum i non omnis moriar, jak to pisał Horacy. Artysta żyje wiecznie - w swych dziełach.



środa, 4 marca 2015

Humoreska Dvořáka


Dziś popełniam krótką notkę o Humoresce nr. 7 Ges-dur czeskiego kompozytora Antoniego Dvořáka. Jest to utwór, który chyba wszyscy kojarzą, zwłaszcza u nas, w Polsce. Był kiedyś przecież serial - Rodzina zastępcza, i jeden ze stale pojawiających się tam motywów to właśnie pierwszy temat tej Humoreski.

Antoni Dvořák /Wikimedia Commons/
O ile pamiętam, w serialu grany był na skrzypcach. Oryginalnie Dvořák napisał ten utwór na fortepian.

Humoreska Ges-dur nr.7 została skomponowana dnia 16 sierpnia 1894 roku - wiemy to z adnotacji autora na rękopisie. Jednakże tylko pierwszy temat w tej kompozycji został napisany oryginalnie do niej. Dwa pozostałe pochodzą bowiem  z innych jego dzieł - Tria fortepianowego f-moll i Suity fortepianowej A-dur.
No, ale autorowi wolno dowolnie kompilować motywy z własnych dzieł. Przecież sam siebie o plagiat nie oskarży...

Utwór pochodzi z cyklu ośmiu humoresek, jest siódmą z kolei. Pierwotnie tytuł tych utworów miał jednak brzmieć zupełnie inaczej... A mianowicie Nowe tańce szkockie... Czemu jednak jest inny?

Wydawca...
Wydawca nut ogólnie miał w dziewiętnastym wieku bardzo duże znaczenie. I nie chodzi tu o rzecz tak prozaiczną jak tytuł. Niekiedy ingerował nawet w strukturę dzieła. Gdy Dvořák przyniósł jakiemuś wydawcy swoje Tańce Słowiańskie napisane na orkiestrę - to on kazał mu to zaaranżować na cztery ręce - i dopiero z tym przyjść. Bo inaczej by się nie sprzedało. No i kompozytor oczywiście tak zrobił - a potem, gdy utwory zdobyły popularność w tej formie, wydał partytury orkiestrowe.

W każdym bądź razie - najsłynniejszą humoreską jest właśnie humoreska siódma. Jest utworem o nieśmiertelnej, wiecznej popularności. Znana na całym świecie - w Ameryce podobno śpiewa się na jej melodię piosenkę...o toaletach w pociągu. Ogólnie Dvořák jest w Stanach bardzo popularny i szanowany - od kiedy został dyrektorem w nowojorskim konserwatorium - i napisał słynną Symfonię "Z Nowego Świata"





Na przełomie XIX i XX wieku Humoreska Ges-dur ta była jednak najbardziej popularna. Grali ją pianiści, kwartety smyczkowe, ragtime band'y, odtwarzały pianole i szafy grające...
W polskim kinie pojawiła się zaś już w roku 1937 - w filmie Piętro wyżej z Eugeniuszem Bodo.
No więc, nie tylko Rodzina Zastępcza, moi państwo!

poniedziałek, 2 marca 2015

Muzyczny Makuszyński



Makuszyńskiego znam od dzieciństwa - uczyłam się składać litery na Koziołku Matołku, lubiłam też Awantury i wybryki małej małpki Fiki-Miki oraz O wawelskim smoku. O dwóch takich co ukradli księżyc czytano mi w dzieciństwie.W szóstej klasie przeczytałam Szatana z siódmej klasy (do dziś uważam, że to najlepsza z wszystkich lektur szkolnych), a potem kolejno: Awanturę o BasięSzaleństwa panny Ewy i Pannę z mokrą głową.
Potem zrozumiałam, że wyrosłam z czytania powieści. Innych dzieł beletrystycznych Makuszyńskiego nie czytałam. Na pewien czas w ogóle o tym pisarzu zapomniałam.
A tu nagle, rok temu, niespodziewanie natknęłam się na jego Kartki z kalendarza - wydane w roku 1985 przez Wydawnictwo Literackie. Jest to zbiór felietonów, humoresek i opowiadań pisanych przez Makuszyńskiego przed wojną i pierwszych latach powojennych.
Zaczytałam się w tych tekstach i przez dłuższy czas nie mogłam wyjść z podziwu. A czytałam je - jak to mam w zwyczaju, gdy stykam się z tego typu książkami - na chybił trafił - co mi się spodoba. Bo tematyka tych tekstów jest - tak zresztą jak forma - bardzo różnorodna - polityka, rozrywka, społeczeństwo...ech, piszmy po ludzku! Makuszyński często wspomina dzieciństwo, lata szkolne, studenckie, pisze o swoich wybitnych znajomych (Zapolska, Kasprowicz, Reymont, Szymanowski), o teatrze, o kinie; układa zgrabne, zwięzłe historie, w których ukazuje absurdy "świata tego" oraz - niezwykle urocze i trochę denerwujące - paszkwile na płeć piękną...
A wszystko z niezwykłą swadą, humorem i refleksją. Nieraz płakałam ze śmiechu czytając jakiś jego tekst, nieraz też płakałam ze wzruszenia. Kornel Makuszyński - co doskonale widać w jego drobnych utworach - był bowiem posiadaczem niezwykłego talentu. Talentu umożliwiającego żonglerkę stylami i konwencjami. Miał jakby całą paletę barw, i umiał z niej korzystać, niesamowicie.

***

No dobra, tyle mojej refleksji o nim.
Skoro pisał o różnych rzeczach - to zapewne napisał też coś o muzyce, prawda?
Oczywiście!


Zaziębione fortepiano


W samych Kartkach z kalendarza (tym wydaniu, które ja posiadam) jest jej po prostu pełno.
Np. tekst o Karolu Szymanowskim, wydany pierwszy raz w 1939 roku - dwa lata po śmierci kompozytora. Jest to rodzaj swoistego epitafium.Czytając to, nie czuć jednak za bardzo żalu, bólu i rozpaczy po jego stracie. W sumie wymowa tekstu jest bardzo pogodna. Makuszyński przypominając koleje losu Szymanowskiego, nawiązuje do zabawnych wydarzeń, przytacza anegdoty, rysuje portret człowieka naprawdę pięknego i czarującego. Bo taki też jest tytuł tego tekstu - Człowiek czarujący.
Wspomniany zostaje np. koncert Szymanowskiego w Zakopanem. Przytoczę cytat, żeby nie "spalić efektu":

Ileż to było zabawy, kiedy to przed wielu laty zaprosiliśmy go na koncert w Zakopanem! Jak długo istnieje nie widziało ono takiego koncertu (...). Wielki muzyk zgodził się z roześmianą ochotą na występ publiczny w umiłowanej mieścinie. Odbył się on w sali Czerwonego Krzyża, w nieopalonej sali. Ogromny tłum ludzi siedział otulony w futra, bo mróz sierdzisty szklił się na szybach. Każdy inny nieco niecierpliwy artysta byłby uciekł z tej piekielnej sali. Szymanowski, przezacne chłopisko, uśmiechnął się po swojemu i w przewiewnym fraczku zasiadł do fortepianu.  Aby radość była całkowita, okazało się, że wysokogórskie fortepiano jest zaziębione, rozjęczane i że tylko cztery klawisze nie cierpią na reumatyzm i zgoła nie wydają głosu. Na tym straszliwym instrumencie grał ten genialny człowiek przez trzy oszronione, wiatrem nadęte godziny.

Apokaliptyczna, czarna głuchoniema bestia ożyła pod jego czarodziejskim dotknięciem, poczęła śpiewać i grzmieć. Instrument był nie strojony, ale muzyk się nie mylił. Czasem wesołym mrugnięciem dawał nam znać, że go niebotyczną radością napełnia to ujeżdżanie Bucefała.
Kliknij, aby powiekszyc
Sanatorium Polskiego Czerwonego Krzyża w Zakopanem - to tam odbył się ten koncert?

Dobra, dalej mi się już tego nie chce przepisywać - nikt tego jeszcze nie zdigitalizował, niestety. Dalej mamy opis dalszego koncertu Szymanowskiego, jak potem improwizował, grał "a la maniere de", czyli w stylu Chopina, Bacha, Wagnera itd.
Weźmy sobie nawet miejsce, gdzie owy koncert się odbył - wyobrażacie sobie coś podobnego obecnie? Chociażby dla takiej wiedzy warto czytać Makuszyńskiego, doprawdy.
Ogólnie rzecz biorąc, ten tekst o Szymanowskim jest po prostu niezwykle wzruszającym świadectwem. Pewnie niektóre fakty są nieco przejaskrawione, ubarwione... Ale twórcy - zwłaszcza takiego pokroju jak Makuszyński - mają swoje prawa.
Ja jednak nie jestem żadną tam polonistką, i pewnie koledzy filologowie doczepiliby się, że nie  przedstawiam rzeczowej analizy, streszczenia, tekstu... no wiem... ale ja przecież nie od tego tu jestem.

Dodam jeszcze, że w podobnym tonie zostały utrzymane inne teksty epitafia - poświęcone Zapolskiej, Kasprowiczowi, Reymontowi.  No ale mnie - niepoprawnej melomance - oczywiście najbardziej spodobało się o Szymanowskim...


Steinway nad Dniestrem


Nie tylko jednak tam pojawia się ten kompozytor. Ślady jego znajomości z Makuszyńskim znajdują się też w tekście Nieznane karykatury Sichulskiego, pisanym już po wojnie. Geneza tego tekstu jest następująca - Makuszyńskiemu, podczas burzenia Warszawy przez Niemców, zostało zniszczone jego mieszkanie, a wraz z mieszkaniem - pełno pamiątek, zbieranych przez całe życie. Wśród rzeczy, które przetrwały, znalazło się zaś pięć karykatur, wykonanych we Lwowie jeszcze przed pierwszą wojną światową przez karykaturzystę Kazimierza Sichulskiego. Jedna z nich przedstawia mecenasa i przyjaciela wszystkiej cyganerii Tadeusza Bietkowskiego - u którego czasami bywał Makuszyński... i nie tylko on.

Były to dni rozkoszy, bo wśród gości "zauważyliśmy" (jak piszą sprawozdawcy ze świetnych zebrań) dwóch muzyków: jednym był tylko Karol Szymanowski, drugim tylko światowej sławy pianista Artur Rubinstein. I jeden był w domu nad Dniestrem fortepian: tylko Steinway.

Nad Dniestrem... była kiedyś Polska, była...


Jak motyw u Strawińskiego...


Kolejnym przykładem nawiązania Makuszyńskiego do muzyki jest opowiadanie Muzyk i śmierć (opublikowane pierwszy raz w zbiorze Wycinanki, w 1925 roku). Nie, to nic smutnego, przeciwnie - humoreska. Dobrze już nie pamiętam, o co w niej chodziło, ale było coś o pewnym muzyku, który zawsze miał grobową minę - i  poszedł do sklepu z trumnami...
W każdym bądź razie, utkwił mi w głowie jeden super cytat.
  
Otóż muzyk ten przezacny szedł sobie niedawno Alejami w stronę Nowego Świata, nasłuchując, w jakiej tonacji gwiżdże wiatr. Jest to zajęcie pasjami przez muzyków i wariatów lubiane. Nagle lunął deszcz, co nie jest zdarzeniem tak bardzo niesłychanym, aby się temu dziwić. To też mój przyjaciel muzyk bynajmniej nie okazał zdumienia, co by się zresztą na nic nie zdało i byłoby jedynie marnowaniem emocjonalnych sił ducha, na tej bowiem nieruchomej twarzy nic by i tak nikt nie zauważył. Ponieważ i znakomitym ludziom deszcz moczy ubranie, a "deszcz gwałtowny", wedle Horacego, nie szkodzi jedynie pomnikom, mój przyjaciel muzyk w tempie di marcia usiłował uniknąć deszczowego preludium, deszcz bowiem zdradzał tendencją senza fine. Wobec tego skręcił, jak motyw u Strawińskiego, bolesnym ruchem w stronę pierwszych drzwi.

I znalazł się rzecz jasna w sklepie z trumnami.
Mistrzostwo!
Zwłaszcza ten Strawiński... tylko, że gdy ja tak mówię, to mnie nikt nie rozumie :(

 ***

Takich kwiatuszków jest oczywiście znacznie więcej, ale przepisywania jest mnóstwo, na serio! Nie ma tych tekstów w sieci. Nikt też nie robi wznowień Makuszyńskiego - chyba że chodzi  o lektury przeznaczone dla szkolnej dziatwy - jakieś Awantury o Basię, Szatany z siódmej klasy... To oczywiście wspaniałe książki - ale przecież felietony i inne teksty dla dorosłych też są wartościowe! Zaznajamiają z pewnymi mechanizmami medialnymi (np. felieton Jak się robi gazetę, albo Konkurs Łgarstwa), realiami historycznymi - jakże inne są teksty przedwojenne od publikowanych już po wojnie - pokazują również to, jak wspaniale można posługiwać się językiem polskim.

I co? I tego nie ma, nie ma na rynku świeżego, pachnącego farbą drukarską Makuszyńskiego. Jego książki można znaleźć jedynie na zapomnianej półce w domu lub zakurzonym regale biblioteki szkolnej. Tam upolowałam kiedyś Dziewięć kochanek kawalera Dorna, z tej samej serii Wydawnictwa Literackiego, co Kartki z kalendarza, z lat osiemdziesiątych.

Makuszyński w niedługim czasie po wojnie został objęty całkowitym zakazem publikowania. Komuniści uważali, że będzie miał zły wpływ na powojenną młodzież. Zmarł  w Zakopanem, w roku 1953, jako człowiek zapomniany. A w latach trzydziestych był uwielbiany - dzieci i młodzież nosiła go wręcz na rękach za te wszystkie powieści i opowiadania.

No, to może już wystarczy. Mam nadzieję, że spodobał Wam się Kornel Makuszyński, z tej, innej muzycznej strony. Także w jego powieści autobiograficznej Bezgrzeszne lata jest sporo o muzyce - jak chodził z kolegami do Opery Lwowskiej na wagnerowskiego Lohengrina, by zobaczyć łabędzia, jak nielegalnie wybierali się na operetki - żakom nie było wolno, bo treści nieodpowiednie; o dziwnych manierach niektórych śpiewaków, absurdach spotykanych w tłumaczeniach niektórych arii...

Nie, nie mogę się  powstrzymać! Jeszcze coś przepiszę.
Nie ma to jak się na koniec rozochocić. Więc:

 O absurdzie w arii z  Madame Butterfly Pucciniego:

A kiedy Butterfly pokazuje Pinkertonowi swoje rodzinne pamiątki, dialog, pełen słodyczy, brzmi:
"A te figurki? Cóż się z nimi stanie? To dusze moich przodków!
- Ach, uszanowanie! "

Bezgrzeszne lata, Wydawnictwo Literackie Kraków 1976

To już naprawdę koniec. Musiałabym chyba nie spać przez tydzień, żeby o wszystkim tutaj napisać.
Na koniec macie tu piosenkę ze słowami Kornela:
Ej dziewczyno, ej niebogo(Maki)


No, i bonsoir...

Źródła fotografii:
  •  lubimyczytac.pl
  • Narodowe Archiwum Cyfrowe - www.audiovis.nac.gov.pl

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...