czwartek, 12 lutego 2015

Kilka słów o Franciszku Schubercie (1797-1828)


Dalej nie mogę jeszcze ochłonąć po moim odkryciu związanym ze Smerfami. Od tego momentu to normalnie siedzę w „ich” muzyce po uszy: na okrągło słuchając „Niedokończonej”, koncertu Es-dur Liszta i Preludium g - moll Rachmaninowa.

Swoją drogą, to ciekawa historia wiąże się z tą „Niedokończoną”. Jest to symfonia dwuczęściowa, w założeniu autorskim Schuberta miała jednak mieć 6 części. Nie dokończył, jej bo umarł? Nie. Właściwie, to nie wiem czemu tego nie zrobił.
Schubert - krótkowidz, 155 cm wzrostu. (obrazek  z Wikipedii)


Z tym niezwykłym dziełem od razu jednak świat obył się bardzo brutalnie. Jak? Zaraz wyjaśniam. W 1822 roku Schubert dostał dyplom honorowy od Styryjskiego Towarzystwa Muzycznego w Grazu, postanowił więc, że się odwdzięczy – i przysłał im dwie części swego najnowszego utworu -  VIII symfonii h-moll Niedokończonej. A oni nawet nie myśleli, żeby to grać, tylko od razu spakowali to do pudła i wynieśli na strych! Dopiero po czterdziestu trzech latach, gdy Schubert już od dawna nie żył, ktoś robiąc porządki natrafił na rękopis symfonii – i wtedy dopiero wszyscy przekonali się, że  to arcydzieło!


O Schubercie w ogóle można powiedzieć, że miał przechlapane. Nie tylko jeśli chodzi o ten utwór. Pochodził z biednej rodziny, ciągle mieszkał u kogoś kątem, zarabiał na życie kompozycją, bo tylko to potrafił. Przez dłuższy czas nie miał nawet swojego fortepianu:  grał i pisał w piwiarni. Był autorem ponad 600 pięknych pieśni i wszelakich utworów fortepianowych, jak Moments Musicaux, czy Impromptus, a także szeregu utworów na cztery ręce. I wyobraźcie sobie, że jego kompozycje grano w całym Wiedniu, we wszystkich domach i na wszystkich ulicach (bo muzykowanie było wtedy bardzo popularnym zwyczajem), a on przymierał głodem i nikt nawet nie kojarzył go z tymi wszystkimi wpadającymi w ucho melodiami! Rozchodziły się po mieście anonimowo, odpisywano je i powtarzano na potęgę.


Żył krótko – 31 lat, podobno umarł na chorobę weneryczną, którą leczył śmiertelnie trującą rtęcią. Los postąpił z nim brutalnie – nie ma co powtarzać popularnych historii miłosnych z nim w roli głównej, bo on wcale nigdy nie przeżył żadnej romantycznej miłości. Był dzieckiem tamtego dziwnego miasta, jakim był Wiedeń z początku dziewiętnastego wieku, dzieckiem miasta muzykującego, miasta okrutnego i zdeprawowanego. Miasta tzw. „schubertiad”, czyli koncertów, gdzie grał w towarzystwie znajomych i gdzie sporo się piło. Nie zawsze był bowiem sam. Czasem zdawało się, że ma pełno przyjaciół.

Sławę i uznanie zdobył po śmierci, dziś uważa się go nawet za prekursora i twórcę romantyzmu w muzyce. A za życia był nędzarzem, niedocenianym, bezimiennym geniuszem.

***

To taka dzisiejsza refleksja o Franciszku Schubercie. Dawno już chciałam o nim napisać, ale zawsze ten temat mnie przerażał, wydawało mi się, że jest za dużo faktów do przetworzenia. A tu proszę – napisałam. :)

Zainteresowanych odsyłam do znakomitej książki Stefana Kisielewskiego pt. „Gwiazdozbiór muzyczny”, do eseju poświęconego Schubertowi.

Ja osobiście bardzo lubię tego kompozytora. Szczególnie podobają mi się jego Impromptus i Moments Musicaux, czyli średniotrudne technicznie utwory fortepianowe. Uwielbiam je grać. Moje ulubione impromptu, to impromptu As-dur op. 142 nr.2, a ulubione moment musical, to op.94 nr. 3 f-moll. 

Na pewno kiedyś jeszcze Franciszek Schubert pojawi się na tym blogu – ale na dziś już wystarczy. Wspomnijcie go czasem, gdy usłyszycie jakiś jego marsz, ktoś zanuci „Ave Maria”, albo w "Smerfach" pojawi się Gargamel ...


Tu można sobie posłuchać moment musical op.94.nr.3 f- moll. Polecam wszystkim grającym na fortepianie.


2 komentarze:

  1. ... albo jak w autobusie zadzwoni komuś telefon - dzwonkiem z tematem "Pstrąga" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to ktoś ma taki dzwonek ? :)

      Ja miałam kiedyś, przez krótki czas... myślałam że będę oryginalna :P

      W ogóle ten wpis taki stary już... :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...