sobota, 28 lutego 2015

Z różnych stron świata i minionych epok - instrumenty smyczkowe

Dziś będzie o rzadko obecnie spotykanych instrumentach smyczkowych. Tekst napisałam już dwa lata temu, teraz - poprawiony - publikuję.

***

Gdy obecnie słyszymy o instrumentach smyczkowych, wyobrażamy sobie właściwie tylko cztery instrumenty: skrzypce, altówkę , wiolonczelę i kontrabas.  Współcześnie bowiem najczęściej używa się tylko tych smyczków. Ich rodzina była kiedyś jednak znacznie większa i  bardziej różnorodna: viole da gamba, tubmaryny, liry korbowe, fidel…

Fidel
 
Zacznijmy może od fidel… nie, nie chodzi tutaj o kubańskiego dyktatora! Fidel to olbrzymia rodzina ludowych instrumentów smyczkowych, której członkowie „zamieszkują” niemalże wszystkie kontynenty. Fidel zazwyczaj są nieduże, mają od jednej do kilkunastu strun, i gra się na nich mniej lub bardziej skomplikowanym smyczkiem. Kształty instrumentów także są przeróżne: wszystko zależy od regionu, z którego pochodzą: niektóre europejskie przypominają skrzypce i podobnie się na nich gra, inne podobne są do lutni, są też okrągłe, prostokątne, owalne, podłużne… W Europie często spotykane były gęśle. Ich polska odmiana to tzw. gęśliki podhalańskie, małe skrzypce, często wyżłobione z jednego kawałka drewna – dlatego górale nazywają je „złóbcoki”.

Złóbcoki    /Wikimedia Commons/

 Ogromna ilość przeróżnych fidel  występuje w Azji Południowo-Wschodniej – tamtejsze instrumenty zazwyczaj trzyma się w czasie gry podobnie jak wiolonczelę, choć kształtem nie przypominają jej w ogóle. Chińskie erhu ma na przykład małe sześciokątne pudło rezonansowe i ponad siedem razy dłuższy od niego gryf. 
Erhu.png
Erhu, fidel chińska

W Malezji muzykuje się na fidel trzymanej jak gitara, smyczkiem o kształcie małego łuku, w Turcji na fidel kolcowej (kolec umieszczanie na końcu instrumentu opiera się na nodze lub na ziemi), w Norwegii na hardingfele, o kształcie identycznym jak skrzypcowy. 
FeleHel (2).jpg
Hardingfele, fidel norweska

Kształt, ilość strun, sposób gry – wszystko zależy w dużej mierze od tradycji i inwencji twórczej konstruktora instrumentu. W czasie wojny secesyjnej w Ameryce pojawiły się fidel i gitary robione  ze skrzynek po cygarach! Popularne były także w okresie Wielkiego Kryzysu w latach trzydziestych.Tzw. "cigar box'y", spotyka się do dziś, powstają nawet ich elektryczne egzemplarze.
Cigar box'y współczesne
Viola da gamba 

Kolejną rodzinką którą się zajmiemy, będą viole da gamba. To grupa instrumentów podobnych do „wielkiej czwórki” (współczesnych instrumentów smyczkowych). Gamba to po włosku kolano – instrument trzyma się bowiem między kolanami. Odmiany violi to viola da braccio, viola d'amore, viola bastarda, viola di bordone. Mają więcej strun niż dzisiejsze skrzypce, altówki, wiolonczele i kontrabasy które wyparły viole na początku XVIII wieku.
Viola da gamba na obrazie malarza nazwiskiem Jan Verkolje, Holandia, ok. 1674 r.
Dlaczego viole przegrały? Miały cichszy i bardziej kameralny dźwięk, nie nadawały się - jak obecna "wielka czwórka" - do dużej sali. Od XX wieku przeżywają jednak renesans.
Interesującym faktem jest, że niektóre viole posiadają szyjkę  z progami - co ułatwia branie akordów - a nie występuje wśród innych instrumentów smyczkowych.

Tubmaryna

Od średniowiecza do XVIII wieku w Europie grano także na tubmarynie, zwanej inaczej „tromba marina”. Naprawdę, jej dźwięk przypominał dźwięk trąby! 
Tubmaryna, (ze strony trombamarina.com)

Wysoka jak kontrabas – ok. 180 cm, z jedną długą struną; o kształcie podłużnego trójkąta z gryfem. Strunę przyciskało się na dole gryfu, smyczkiem pociągano u góry – odmiennie jak w przypadku innych znanych nam instrumentów smyczkowych. Wyszła z użycia ponieważ uznano ją za bezużyteczną – XVIII w. przyniósł duże zmiany w muzyce. Miejsce na sonaty na tubmarynę (jak w epoce baroku) zajęte zostało przez utwory na skrzypce i wiolonczelę, których możliwości dopiero wtedy na poważnie odkrywano.

Lira korbowa

Lira korbowa to instrument zupełnie inny od omawianych przez nas wcześniej. Były to specyficzne skrzypce z korbą i klawiszami. Naciśnięcie klawisza powodowało przyciśnięcie struny, która wydawała dźwięk przy pokręceniu korbą. Muzyk trzymał instrument na kolanach, prawą ręką kręcił korbą, uruchamiającą koło pocierające struny, a lewą wybierał klawisze. Lira posiadała kilka strun, wśród których były struny burdonowe, stale brzmiące (stanowiły akompaniament) i melodyczne.

Liry korbowe

Lira korbowa była ulubionym instrumentem wędrownych grajków, w siedemnastym wieku zdobyła ponadto uznanie arystokracji. Gra na niej nie nastręczała zbyt wielkiej trudności, była łatwiejsza niż na innych smyczkach- wszystko przez to, że lira miała klawisze ułatwiające złapanie czystego tonu na strunie.


Grał na niej siedemnastowieczny mędrzec i prorok Wernyhora – pojawia się z nią między innymi w dramacie „Wesele” Wyspiańskiego i w „Śnie srebrnym Salomei” Słowackiego, leży także u jego stóp na obrazie Jana Matejki.   
Wernyhora, obraz (1883-84) Jana Matejki.
Malarskie przedstawienia liry korbowej możemy znaleźć także u Hieronima Boscha  - średniowieczny artysta namalował ją (olbrzymią i stojącą na baczność wśród innych instrumentów) na  tryptyku „Ogród ziemskich rozkoszy” , w części „Piekło”…

Te i inne przykłady najlepiej świadczą o tym, że ten instrument stanowił ważny element kultury europejskiej od średniowiecza do baroku, a także później, bo do XX wieku istniało wiele wyposażonych w nią ludowych kapeli. 
Obecnie lira korbowa wraca do łask - nie tylko w zespołach muzyki dawnej, ale też wśród muzyków rozrywkowych, szukających oryginalnych brzmień.


Źródła:
  • "Encyklopedia instrumentów muzycznych świata",  Belllona S.A, Warszawa 1996
  •  Wikipedia - polsko i angielskojęzyczna.
Obrazy: Wikipedia (jeżeli pod obrazem nie podałam innego adresu).

poniedziałek, 23 lutego 2015

Happy Birthday, George Frideric!

Szkoda by było nie wspomnieć - dziś  330. rocznica urodzin Jerzego Fryderyka Händla.
Wszystkiego najlepszego!

Wideo do dzisiejszej, krótkiej co prawda, lekcji:

Country Dance z suity nr.2 G-dur, z Muzyki na wodzie, mój ulubiony utwór tego twórcy.



Alla Hornpipe i Alleluja, to już niech sobie każdy sam poszuka :)

niedziela, 22 lutego 2015

Urodziny Chopina?

No właśnie. Chopin ma urodziny dziś, czy za 9 dni?
Nasz Fryderyk należy do grona kompozytorów urodzonych w lutym, jak Mendelssohn, Nowowiejski, Bacewicz i Haendel (ten to ma akurat urodziny jutro), czy jest raczej "dzieckiem marcowym", jak Ravel, Rimski - Korsakow i Bach?
Oficjalnie podawał, że urodził się 1 marca 1810 roku, natomiast w księdze parafialnej kościoła w Brochowie, gdzie go ochrzczono, stoi wyraźnie data 22 lutego.
???
Już bardziej by pasowało, żeby było odwrotnie, bo chyba nie mogli go ochrzcić zanim przyszedł na świat.
Nie wiem, czy kiedykolwiek ta zagadka zostanie rozwiązana. Pewne jest natomiast miejsce jego narodzin - Żelazowa Wola. I tu znowu pojawia się legenda, moim zdaniem trochę naiwna, ale powtarzana w szkole podstawowej wszystkim dzieciom, gdy tyko mówi się o Chopinie. Otóż: gdy Frycek się rodził, to jego tata Mikołaj grał na skrzypcach...
Zresztą, co za różnica, kiedy i w jakich okolicznościach się urodził? Ważne jest to, kim był, i co po nim, po wielu latach, zostało. A chyba nie należy nikomu mówić, że jest to muzyka wspaniała, przełomowa i lubiana na całym świecie. Tak naprawdę, to nie wiadomo jakby świat bez niego wyglądał. Twórczość Chopina - chociaż wcale nie napisał tego jakoś specjalnie dużo, bo ok. 250 utworów, włączając w to również dzieła zaginione - wywarła wpływ na Liszta, na Wagnera, na Brahmsa, na Griega, na Rachmaninowa, na Skriabina, na twórców dwudziestego wieku i nawet na jazz. Posłuchajcie np. koncertu fortepianowego Gershwina, a gwarantuję: znajdziecie tam Fryderyka!
Zasługi poety fortepianu są po prostu nieocenione - ale co będę dalej wodę lać...

Tu macie pierwszą część jego słynnej sonaty b-moll - wspaniałego dzieła, zakończonego - jak wiemy -  Marszem Żałobnym. Pierwsza część, Grave; Doppio movimento, jest jednak najlepsza, Lutosławski porównywał ją nawet do V Symfonii Beethovena.
No to tyle - zostawiam was z Chopinem, cześć!

piątek, 20 lutego 2015

Sonata h-moll Liszta


No i o czym by tu napisać? Zawsze jak mam ten problem, to myślę sobie, czego ostatnio słuchałam, co gram, z czym się zapoznałam, na co się natknęłam - i zawsze znajduję temat. A więc dziś będzie o Sonacie h-moll Liszta, której ostatnio słucham.

Jest to – przynajmniej dla mnie – bardzo intrygująca i dziwaczna kompozycja. Diabelska i fantastyczna. Mroczny początek, głuche akordy, dysonansowe współbrzmienia, liryczne, „chopinowskie” frazy, elementy dramatyzmu i szaleństwa, wirtuozerskie pochody po klawiszach, melodie pełne pasji, przywodzące na myśl sonaty Beethovena – wypisałam chyba wszystko, co mi się z tym niezwykłym dziełem kojarzy. Trochę po bałaganiarsku… ale taka właśnie jest struktura utworu. Wszystko z wszystkim – a jednak pasuje, nie kłóci się, i tylko z początku sprawia wrażenie chaosu. 

Lisztowi – oprócz wspaniałej muzyki – zawdzięczamy także inną, też bardzo ważną rzecz. Wizerunek wirtuoza. Romantycznego wirtuoza. Człowieka o wielkim talencie, pełnego pasji i charyzmy. Budzącego podziw szalonego i egzaltowanego geniusza. To wirtuoz w rozumieniu nowoczesnym, w stylu dziewiętnastowiecznym. Zdecydowanie ktoś inny niż antyczny Orfeusz.

Przykładem utworu doskonale korespondującego z takim typem artysty jest właśnie Sonata h – moll. To jednak nie pusto brzmiący, wirtuozerski fajerwerk – których Liszt w swoim dorobku ma również bardzo dużo. Sonata jest dziełem bardzo głębokim, wymagającym doskonałej techniki gry i umiejętności interpretacji. A od słuchacza – zrozumienia, skupienia. Trzeba się wsłuchać i chociaż spróbować zrozumieć, dlaczego artysta skonstruował to właśnie tak. Dlaczego jest „burza”, a potem ona ustaje, co znaczy ten liryzm, ten dramatyzm i te swoiste elementy zwątpienia, gdy pojawiają się tylko pojedyncze dźwięki…
Pokreślona przez autora strona rękopisu sonaty...
Sonata powstała mniej więcej w latach 1849 -1853, data zapisana na nutach przez kompozytora to 2 lutego 1853 r. Liszt miał wtedy lat 42, i już od sześciu lat nie występował na estradzie. Poświęcił się kompozycji – był to owoc znajomości z księżną Karoliną Sayn-Wittgenstein. Ona doskonale wiedziała, jaki Franciszek ma talent – i nie mogła pozwolić, by marnował życie na występy, na „trzepanie czupryną” i zbieranie oklasków. Pisałam o tym szerzej w artykule o jego II Rapsodii

Liszt – nowator i rewolucjonista – jako pierwszy wprowadził jednoczęściowy koncert i sonatę. Coś, co zupełnie nie do pomyślenia było wcześniej. Tak naprawdę, to w tych utworach można wyodrębnić części, ale słuchacz ma wrażenie, że to jedno długie dzieło. 

Cóż więcej można powiedzieć – posłuchajcie tej sonaty. Naprawdę warto, choć z miejsca zastrzegam, że nie jest to utwór łatwy, jak lisztowskie hity w stylu II Rapsodii Węgierskiej. Przez niektórych ekspertów-muzykologów Sonata h - moll uważana jest za najlepsze fortepianowe dzieło tego twórcy.

Po za tym – wpada w ucho. A przynajmniej mnie „wpadł” – ten dramatyczny szybki fragment, przypominający burzę lub sztorm…

środa, 18 lutego 2015

O Schumannie

Dziś będzie o Robercie Schumannie – wybitnym kompozytorze niemieckiego romantyzmu, który nic nie ma wspólnego z Deklaracją Schumana i Unią Europejską. :)
Robert Schumann


 Robert Schumann był rówieśnikiem naszego Fryderyka Chopina. Od ósmego roku uczył się gry na fortepianie ale z początku nie myślał o byciu wirtuozem. Złożył nawet papiery na studia prawnicze… a potem raptem przyszło mu do głowy, by poświęcić się jednak muzyce. Chcąc rozciągnąć dłoń, skonstruował do tego celu specjalną maszynkę – i przez jej używanie nabawił się trwałego paraliżu czwartego palca prawej ręki.Nie mógł być więc wirtuozem. Cóż tu w takiej sytuacji począć? Może poślubić jakiegoś wirtuoza, wtedy nie wszystko stracone…

W roku 1840 Schumann ożenił się z Klarą Wieck, córką swojego nauczyciela fortepianu, genialną pianistką i niezłą kompozytorką. Lecz nie myślcie, że od razu wszystko układało się tak „po różach”. Ojciec Klary nie chciał wyrazić zgody na ślub. Sprawa była bardzo poważna, w końcu zawędrowała nawet do sądu – a on na szczęście rozpatrzył ją na korzyść zakochanych. 

Miłosne cierpienia Schumanna – jak to często w przypadku artystów bywa – nie były jałowe. Nie mogąc związać się z Klarą – tatko uważał, że Robert „nie zapewni jej godziwego bytu” – komponował pieśni, mnóstwo pieśni o miłości. W ciągu tygodnia napisał podobno muzykę aż do szesnastu wierszy Heinego – a wszystko przez to, że doskonale odnajdował w nich siebie, jako nieszczęśliwego kochanka. Najsłynniejsza z nich to Ich grolle nicht (niem. Nie skarżę się). Nie skarżył się – kochał.
Z Klarą miał siedmioro dzieci, z początku ich małżeństwo było bardzo udane, ale potem zaczęła nasilać się jego choroba psychiczna. Jaka dokładnie – nie wiem. Wiadomo, że jego rodzice mieli napady nerwowe, a starsza siostra zabiła się w roku 1826, z powodu psychicznych zaburzeń. Całkiem możliwe więc, że było jakieś podłoże genetyczne. Trudne wydarzenia z dzieciństwa, przygnębienie, śmierć kolegi „po fachu” – Mendelssohna – spowodowały znaczne pogorszenie zdrowia Roberta. Chciał się nawet utopić w Renie, ale odratowano go i umieszczono w sanatorium dla nerwowo chorych w Endenich, gdzie przebywał aż do śmierci w 1856 r. Umierając miał 46 lat, zostawił żonę i dzieci. Klara zarabiała na życie dając lekcje i koncertując, przeżyła swojego męża o czterdzieści lat. Przez całe życie walczyła o pamięć o nim jako o kompozytorze, propagując jego utwory.
Z małżonką Klarą
No właśnie, co pozostawił po sobie Schumann? Dużo pieśni, miniatur fortepianowych pogrupowanych w cykle (m.in. Sceny dziecięce, Sceny leśne, Karnawał, Miłość i życie kobiety), 4 symfonie, 3 sonaty,  koncert wiolonczelowy, skrzypcowy i fortepianowy, operę Genoveva i inne utwory, między innymi parafrazy Paganiniego i Bacha.





Znał osobiście Brahmsa, Mendelssohna i Wagnera – z tym ostatnim się jednak nie przyjaźnił. Pochlebnie wyrażał się o Chopinie, jest autorem słynnych słów Czapki z głów panowie, o to geniusz!, opublikowanych w 1829 roku w gazecie Opus Zwei i traktujących o chopinowskich wariacjach na temat  La ci darem la mano z Don Giovanniego Mozarta. Pisałam o tym tutaj.

Schumann – oprócz kompozycji – zajmował się również bowiem publicystyką muzyczną. Założył pismo Neue Zeitschrift fur Musik, gdzie w sposób ciekawy i na tamte czasy nowatorski zapoznawał czytelników z nowymi muzycznymi trendami. Pisywał pod pseudonimami Euzebiusza (mroczny, liryczny, refleksyjny) i Florestana (energiczny, gwałtowny gość :). Niektóre jego recenzje miały wręcz beletrystyczną formę, były pisane jak opowiadanie, czy dialog z tymi wymyślonymi postaciami.



Robert miał bujną wyobraźnię, to trzeba przyznać. Nie tylko tych dwóch panów narodziło się w jego głowie, wymyślił także grupę Davidsbündler (niem. Związek Dawida), która na łamach jego gazety walczyła z mieszczańskim zacofaniem w muzyce.

I Florestan, i Euzebiusz, i  Davidsbündler – te wszystkie „byty” pojawiają się także w jego utworach muzycznych. Miniatura Eusebius Florestan wchodzi w skład Karnawału, powstał też cały cykl pt. Davidsbündlertänze (niem. tańce związku Dawida).

Może mógłby być literatem? Nie wiem, mogę za to spokojnie powiedzieć, że naprawdę miał zadatki na nowatora i muzycznego rewolucjonistę. Skomponował jednoczęściowy koncert fortepianowy, jako jeden z pierwszych twórców zrywając z klasycystyczną trzyczęściową budową i z „wprowadzeniem” granym przez orkiestrę. Jego koncert a-moll ma jednak trzy części. To wszystko przez wydawców, jednoczęściowego koncertu nie chcieli wydrukować – zbyt to awangardowe było. Filistrzy! Schumann musiał więc zacisnąć zęby – i dopisać dwie kolejne części… Jak wiemy z historii, wprowadzenie w życie idei jednoczęściowego koncertu i sonaty udało się dopiero Lisztowi.

No i tyle – cóż więcej można powiedzieć? Robert Schumann na trwałe zapisał się w historii muzyki i kultury – w dużej mierze przez swoje miniatury fortepianowe. Marzenie ze Scen dziecięcych do dziś pozostaje prawdziwym hitem muzyki klasycznej, zostaje nawet wspomniane w jednej scence z Zielonej Gęsi Gałczyńskiego (konkretnie to chodzi o Koncert w Częstochowie, utwór zostaje tam nazwany Trojmeraj). Sceny leśne pojawiają się zaś w Portrecie Doriana Graya Wilde’a (bohater siedzi przed fortepianem, przed otwartym zbiorkiem Schumanna i wyraża swój zachwyt…). Natomiast miniaturka Wesoły wieśniak z Albumu dla młodzieży– to przebój dzieciaków i kreskówek. Sama byłam dzieckiem, więc wiem…:) Bywały takie czasy, że na okrągło grałam Wieśniaka, Śmiałego Jeźdźca, a także Marsza i inne utworki z tego nieśmiertelnego zbioru. Polecam to wszystkim uczącym się gry. A tym, co już umieją więcej, radzę niech sięgną do Scen dziecięcych, po Marzenie, Szczęście, O dobrych ludziach i krajach i inne kompozycje.

Sceny dziecięce – krótkie tkliwe i szczęśliwe, jak nasza przyszłość – pisał Robert do Klary, zanim się jeszcze  pobrali. Jej bowiem jako pierwszej przesłał nuty do tych miniatur.




-------------
Miało być krótko, ale ja jak się wezmę za klawiaturę…

Bibliografia: Bogusław Śmiechowski - Z muzyką przez wieki i kraje, Janusz Cegiełła -  Przeboje Mistrzów, Wikipedia.
Ilustacje: muzykotekaszkolna.pl, bach-cantatas.com

poniedziałek, 16 lutego 2015

Polski "Faust" był pierwszy

To tak na szybko, bo dzisiaj nie mam zbytnio czasu by pisać. :)




---------
 Wszyscy na pewno kojarzymy "Fausta"  - wielkie dzieło Goethego. Niemiecki poeta pracował nad nim prawie 60 lat - i co z pewnością możemy stwierdzić - nie napracował się na marne. W literaturze roi się po prostu od "motywów faustowskich" - wspomnijmy chociażby "Mistrza i Małgorzatę" Bułhakowa:)
Ale tyle samo "Fausta" - a może nawet więcej - jest w muzyce. 
"Symfonia Faustowska" Liszta, "Uwertura Faustowska" Wagnera, "Potępienie Fausta" Berlioza, liczne opery autorów takich jak Gounod, Bertin, Donizetti , Spohr...  

Kto pierwszy skomponował dzieło na ten temat?

Polak – Antoni Henryk Radziwiłł. Był to polityk, konkretnie książę Wielkiego Księstwa Poznańskiego – a także kompozytor, pianista, gitarzysta i wiolonczelista. Znał się osobiście m.in. z Beethovenem i Mendelssohnem – przez pewien czas mieszkał bowiem w Niemczech. Do grona jego znajomych należał także właśnie Johann Wolfgang Goethe – a muzyka Radziwiłła skomponowana do jego utworu był jedyną, którą poeta osobiście zaakceptował. 

Antoni Henryk Radzivił. Антоні Генрык Радзівіл.jpg
Antoni Henryk Radziwiłł
Jako muzyk-amator i wzięty polityk książę pisał operę dość długo – około dwudziestu lat (1808-1831), a i tak dzieło nie zostało skończone. Tak naprawdę nie jest to opera, ale „singspiel” – postacie śpiewają tylko tam, gdzie faktycznie śpiewają w treści dramatu. Goethemu jednak muzyka Radziwiłła tak się podobała, że na prośbę kompozytora dopisał do sztuki kilka zupełnie nowych wersów tekstu. Zresztą – Goethe i muzyka polska… Pisałam już kiedyś, że literata łączyło z Marią Szymanowską „coś więcej” niż przyjaźń…
Opera zawiera mnóstwo aluzji i cytatów muzycznych z innych dzieł, między innymi Mozarta i Beethovena. Tak naprawdę, to w założeniu twórcy miało być to niejako muzyczne „uzupełnienie” tekstu literackiego sztuki. Są więc partie chóralne, przygrywki i krótkie piosenki.
Najsłynniejszy fragment dzieła to tzw. „Pieśń o pchle”, opracowywana później przez innych kompozytorów, np. Wagnera, Beethovena czy Berlioza.
Chopin także należał do znajomych księcia Radziwiłła i też miał okazję zapoznać się z jego utworem. W liście do Tytusa Wojciechowskiego z dnia 14 listopada 1829 roku tak pisze o "Fauście" księcia:

"pokazywał mi swojego Fausta i wiele rzeczy znalazłem tak dobrze pomyślanych, nawet genialnych, żem się nigdy po namiestniku tego spodziewać nie mógł"


Kto wie, może gdyby namiestnik skupił się bardziej na muzyce niż na polityce...

Opera pierwszy raz została wystawiona w roku 1835 – już po śmierci autora. Była grana do lat 60. XIX wieku w Niemczech i nie tylko, później o niej zapomniano. Berlioz napisał „Potępienie Fausta” – monumentalną kantatę, która przyćmiła wszystko inne, co przed nią, na temat „Fausta”, powstało.

Ale ważne jest też kto zaczął, nie? 

***
W polskim serialu "Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy" (1979-81), w kilku początkowych odcinkach pojawia się postać Antoniego Radziwiłła (w tej roli Zdzisław Kozień) . W jednej scenie książę nawet gra na fortepianie. Czy swój własny utwór? Hmm, tego nie wiem - ale ogólnie serial warto jest obejrzeć. Jest w nim opowiedziana fascynująca historia dziewiętnastowiecznej Wielkopolski i - gratka dla melomanów - dużo "wstawek" z muzyki klasycznej i piękna ścieżka dźwiękowa, skomponowana przez Adama Sławińskiego.

czwartek, 12 lutego 2015

Kilka słów o Franciszku Schubercie (1797-1828)


Dalej nie mogę jeszcze ochłonąć po moim odkryciu związanym ze Smerfami. Od tego momentu to normalnie siedzę w „ich” muzyce po uszy: na okrągło słuchając „Niedokończonej”, koncertu Es-dur Liszta i Preludium g - moll Rachmaninowa.

Swoją drogą, to ciekawa historia wiąże się z tą „Niedokończoną”. Jest to symfonia dwuczęściowa, w założeniu autorskim Schuberta miała jednak mieć 6 części. Nie dokończył, jej bo umarł? Nie. Właściwie, to nie wiem czemu tego nie zrobił.
Schubert - krótkowidz, 155 cm wzrostu. (obrazek  z Wikipedii)


Z tym niezwykłym dziełem od razu jednak świat obył się bardzo brutalnie. Jak? Zaraz wyjaśniam. W 1822 roku Schubert dostał dyplom honorowy od Styryjskiego Towarzystwa Muzycznego w Grazu, postanowił więc, że się odwdzięczy – i przysłał im dwie części swego najnowszego utworu -  VIII symfonii h-moll Niedokończonej. A oni nawet nie myśleli, żeby to grać, tylko od razu spakowali to do pudła i wynieśli na strych! Dopiero po czterdziestu trzech latach, gdy Schubert już od dawna nie żył, ktoś robiąc porządki natrafił na rękopis symfonii – i wtedy dopiero wszyscy przekonali się, że  to arcydzieło!


O Schubercie w ogóle można powiedzieć, że miał przechlapane. Nie tylko jeśli chodzi o ten utwór. Pochodził z biednej rodziny, ciągle mieszkał u kogoś kątem, zarabiał na życie kompozycją, bo tylko to potrafił. Przez dłuższy czas nie miał nawet swojego fortepianu:  grał i pisał w piwiarni. Był autorem ponad 600 pięknych pieśni i wszelakich utworów fortepianowych, jak Moments Musicaux, czy Impromptus, a także szeregu utworów na cztery ręce. I wyobraźcie sobie, że jego kompozycje grano w całym Wiedniu, we wszystkich domach i na wszystkich ulicach (bo muzykowanie było wtedy bardzo popularnym zwyczajem), a on przymierał głodem i nikt nawet nie kojarzył go z tymi wszystkimi wpadającymi w ucho melodiami! Rozchodziły się po mieście anonimowo, odpisywano je i powtarzano na potęgę.


Żył krótko – 31 lat, podobno umarł na chorobę weneryczną, którą leczył śmiertelnie trującą rtęcią. Los postąpił z nim brutalnie – nie ma co powtarzać popularnych historii miłosnych z nim w roli głównej, bo on wcale nigdy nie przeżył żadnej romantycznej miłości. Był dzieckiem tamtego dziwnego miasta, jakim był Wiedeń z początku dziewiętnastego wieku, dzieckiem miasta muzykującego, miasta okrutnego i zdeprawowanego. Miasta tzw. „schubertiad”, czyli koncertów, gdzie grał w towarzystwie znajomych i gdzie sporo się piło. Nie zawsze był bowiem sam. Czasem zdawało się, że ma pełno przyjaciół.

Sławę i uznanie zdobył po śmierci, dziś uważa się go nawet za prekursora i twórcę romantyzmu w muzyce. A za życia był nędzarzem, niedocenianym, bezimiennym geniuszem.

***

To taka dzisiejsza refleksja o Franciszku Schubercie. Dawno już chciałam o nim napisać, ale zawsze ten temat mnie przerażał, wydawało mi się, że jest za dużo faktów do przetworzenia. A tu proszę – napisałam. :)

Zainteresowanych odsyłam do znakomitej książki Stefana Kisielewskiego pt. „Gwiazdozbiór muzyczny”, do eseju poświęconego Schubertowi.

Ja osobiście bardzo lubię tego kompozytora. Szczególnie podobają mi się jego Impromptus i Moments Musicaux, czyli średniotrudne technicznie utwory fortepianowe. Uwielbiam je grać. Moje ulubione impromptu, to impromptu As-dur op. 142 nr.2, a ulubione moment musical, to op.94 nr. 3 f-moll. 

Na pewno kiedyś jeszcze Franciszek Schubert pojawi się na tym blogu – ale na dziś już wystarczy. Wspomnijcie go czasem, gdy usłyszycie jakiś jego marsz, ktoś zanuci „Ave Maria”, albo w "Smerfach" pojawi się Gargamel ...


Tu można sobie posłuchać moment musical op.94.nr.3 f- moll. Polecam wszystkim grającym na fortepianie.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...